Ostatnio na forum

09 Kwi 2014 13:13
Matura Party CAMP - Imprezowy wyjazd dla maturzystów! Matura Party Camp - Imprezowe odpinka po maturze Organizatorzy największych imprezowych wyjazdów zapraszają do zapoznania się z tegoroczną ofertą wyjazdu na MATURA PARTY CAMP! Szczegółowych informacje szukaj na naszej stronie:...
03 Kwi 2014 11:01
Majówka Party Camp - Imprezowe wyjazdy studenckie ! Party Camp - Imprezowe wyjazdy studenckie Organizatorzy największych wyjazdów studenckich w całej Europie zapraszają do zapoznania się z tegoroczną ofertą imprezowych majówek studenckich 2014 Szczegółowych informacje szukaj na naszej...
20 Lut 2014 10:24
Dołącz do ORIFLAME! Odkryj fascynujący świat Oriflame! Dołącz do nas i zostań członkiem Klubu Oriflame! Kupuj kosmetyki dla siebie w cenach hurtowych, zarabiaj na ich sprzedaży, a także podejmij wyzwanie - zostań Managerem i twórz własny zespół konsultantów...
03 Lut 2014 18:41
Ygrjgovt Ukzzft  いったい、きんちゃくの辰と、うらなりの豆六というこのふたりは根はごく正直な人物なのだが、お粂の悋気ぶかいことを知っているから、おりおり、とんでもないことをいいだしては、お...

Najnowsze ogłoszenia

Artykuły

Festyn rekreacyjny w Kańczudze

Ocena użytkowników:  / 0

http://okmigkanczuga.pl/app/webroot/upload/userfiles/image/Plakat_FESTYN_2013_maly.jpg

WIOSNA

Ocena użytkowników:  / 17
WIOSNA Żegnamy kańczucką zimę lat pięćdziesiątych ub.stulecia. Dni stają się dłuższe. Słońce coraz wyżej. Śnieg zaczyna gwałtownie topnieć. Woda z pól powyżej ulicy Wolności zalewa pole i łąkę p.Fudalego, aż po budynek przedszkola ''Caritas''przy ulicy Węgierskiej. Głębokie rowy wzdłóż ulicy i od przepustu w stronę posesji rodziny Fudalich, nie są w stanie odebrać nadmiaru wody. Powstaje rwący strumień płynący wzdłóż ogrodów p. Krupińskich, p.Cieleni, dr Serwina, obok domu p. Bułasia i dalej wyżłobionym przez lata jarem w kierunku domu p. Sasa. Poniżej powstaje duże rozlewisko wodne przelewające się przez ulicę Świerczewskiego do stawu Roguszka, połączonego rowem na końcu ulicy Zakościelnej z rzeką. ''Mleczka''wylewa. Woda płynie między wałami ochronnymi. Łączy się przy cyplu ze stawem ''Szylara''/potoczna nazwa od mieszkającej tam rodziny Szylarów/. Koledzy wpadli na pomysł płynięcia na krze. Wycięliśmy na stawie dużą taflę kry lodowej. Tadek Sopel i Andrzej Maścidło odbijając się tykami od fasoli, wypłynęli na krze ze stawu na rzekę. Płynęli lewą stroną rozlewiska. Jakieś 50m przed mostem ''najechali''na wystające z wody grube pędy łoziny. Kra od środka zaczęła pękać. Ratując się skoczyli po szyję do wody, i z dużym wysiłkiem dotarli do wału. Szybko pobiegli wysuszyć się do Andrzeja Maścidły, którego dom znajduje się w pobliżu. Woda przy blichu dochodzi do pierwszych domów ulicy Zakościelnej. Zostają zalane tereny wokół stawu, tzw. ''Landy''. ''Nietecz'' zalewa łąki od mostu ''sieteskiego''aż do mostu przy cmentarzu. Dalej wartkim i szerokim strumieniem wpada do ''Landy'', podnosząc już i tak wysoki poziom wody. Kańczuga jak dawne grodzisko zostaje z trzech stron zalana wodą. Przez stację kolejową i drewniany most na rzece wracają z zajęć w Liceum Ogólnokształcącym profesorowie i młodzież. Na codzień w suche okresy roku droga do Liceum prowadzi przez środek błonia. Dalej przez tzw.ławę na rzece, tory kolejki i przy domu p. Czekierdy do parku, w którym jest szkoła w dawnym pałacu Kellermanów. Zbliżają się Święta Wielkanocne. Z okolicznych miejscowości na wtorkowy targ przychodzą ludzie sprzedać przetwory mleczne, jajka, wyroby wędliniarskie itp. Z bratem wykopujemy kłącza chrzanu i sprzedajemy je na rynku. Za to kupujemy bułki, a w masarni p.Bujnego plastry kiełbasy. Między dwiema lipami rosnącymi przy prawej krawędzi rynku powyżej studni, rozkłada się z towarem p.Kruczek. Ma różnego rodzaju wyroby z drewna, jak różnej wielkości sita, przetaki, wózki, narzędzia kuchenne, zabawki dla dzieci itp. Sprzedaje też naczynia metalowe i gliniane. Na małym rynku odbywa się handel wozami, końmi, kozami, królikami i kurami. Sprzedaż krów, świń i owiec odbywa się na targowicy, znajdującej się za mostem na ''Nieteczy'' obok dawnego zajazdu przy drodze do Przeworska. Zgodnie z panującym obyczajem ćwiczymy strzelanie z puszek po farbie. Wystarczyło trochę karbidu i wody. Strzelaliśmy z tzw.kluczy, zamocowanych na grubym drucie ze zbijakiem z gwoździa. Kiedy na przedmieściu strzelający chłopiec uległ tragicznemu wypadkowi, rodzice zabronili nam stosowania takich praktyk. W mieście przed wojną i w pierwszych latach okupacji niemieckiej stosowano obrzęd linczu na Judaszu. Ceremoniał odbywał się w Wielki Piątek na rynku miasta. Słomianą kukłę zbitą kijami wieszano na drągu wbitym w ziemię i podpalano. Według relacji mojego ojca, w drugim roku okupacji temu ceremoniałowi przyglądali się patrolujący ulice żandarmi niemieccy. Przywołany przez nich mężczyzna usłyszał, że zamiast kukły mogą im dać Żyda. W wielkim strachu nie dokończywszy ceremoniału wszyscy uczestnicy uciekli. Był to ostatni ceremoniał związany z Judaszem. W niedziele Wielkiego Postu organista p.Najsarek ze swoim wspaniałym głosem, zdolnościami edytorsko-choreograficznymi prowadzi z chórem Mękę Pańską. Wiesiek Szumierz młodzieńczym altem śpiewa treść wiodącą, a wybrani chórzyści wcielają się w różne postacie. Sumy niedzielne celebruje dziekan kańczucki ks.prof.Józef Pęcherek. Według ewangelicznych opisów, Grobu Jezusa pilnowali żołnierze rzymscy, będący również świadkami zmartwychwstania. Stąd też dla zachowania tradycji tego wydarzenia, od wielkopiątkowego wieczoru wartę trzymają strażacy z Ochotniczej Straży Pożarnej. Zmiany warty przygotowywane są w budynku remizy strażackiej, w pomieszczeniach na pierwszym piętrze. Remiza jest naprzeciw synagogi. Pierwsza zmiana w składzie czterech plus prowadzący. Strażacy są w mundurach służbowych. Na głowach błyszczące ''złote'' hełmy z wystającym u góry podłużnym czubem. Przy pasie przypięte toporki. Prowadzi p.Wilhelm Wołoszynski w hełmie ciemnego koloru, z orłem CK monarchii austriackiej cesarza Franciszka Józefa, w skład której wchodziła Galicja. Przy boku paradna szabla. Po przejściu przez miasto i wejściu do kościoła prowadzacy komendą ''Warta-Stój'' zatrzymuje się przed kaplicą z Grobem Jezusa. Po zasalutowaniu szablą pada komenda ''Zmiana-Marsz''. Dwóch strażaków zajmują posterunki, stojąc w postawie zasadniczej naprzeciw siebie. Prowadzący po salucie szablą i komendzie ''W tył-Zwrot'' wyprowadza pozostałych z kościoła. Czas warty, jedna godzina. Pozostałe zmiany będą w składzie 2+1, aż do ostatniej /w składzie jak pierwsza zmiana / pełniącej wartę do rezurekcji w niedzielny poranek. W Wielką Sobotę starsi ode mnie koledzy, Józek Gorlach, Tadek Dytrych i Karol Cieśliński /od zdrobniałego Karolek zwany potocznie-Lolek/, przygotowują kanę dziesięciolitrową do strzelania w czasie procesji rezurekcyjnej. Karol w kuźni u ojca na ulicy 1 Maja wierci otwór w dnie kany, i przygotowuje czop drewniany do wbicia w otwór w miejsce wieka. Nastaje niedzielny poranek. Chłopcy zbierają się przed godziną szóstą przy dębie obok figury Matki Bożej. Kana schowana za drzewem. Przygotowany karbid i woda w butelkach. Do zapalania będzie służył kij z umoczoną w denaturacie szmatką. Zapalając zapałką przy dnie kany, po wystrzale siłą odrzutu mogło by nieźle łupnąć po paluchach. Ludzie zapełniają kościół. Zbliża się w szyku marszowym orkiestra strażacka. W ostatniej trójce maszeruje mój ojciec Franciszek, grający na helikonie, będącym odmianą tuby basowej przełożonej przez plecy. Godzina szósta. Rozpoczyna się msza rezurekcyjna. Ostatnia zmiana strażacka wychodzi z kościoła. Czekamy na procesję. W kościele zabrzmiała zwycięska pieśń zmartwychwstania ''Wesoły nam dziś dzień nastał.'' To pierwsze słowa najwspanialszej pieśni, śpiewanej od setek lat. Chłopcy ustawiają kanę na środku ulicy między murem kościelnym a szczytem domu p Nowickiego. Ja z Józkiem Łasem stoimy w pobliżu poczty. Na zmianę będziemy biegiem dostarczać wystrzelony czop. Milczące dzwony po ciemnej jutrzni w Wielką Środę, zaczynają donośne bicie. Procesja wychodzi z kościoła, i zaczyna zbiżać się do olbrzymiej lipy rosnącej przy murze okalającym plac kościelny. Karol Cieśliński wrzuca do kany kilka kostek karbidu, wlewa trochę wody i wbija czop. Józek Gorlach ustawia kanę poziomo na podpórce i przytrzymuje ją u góry nogą. Tadek Dytrych zapalony lont na końcu kija przystawia do otworu w dnie kany. Potężny wybuch wyrzuca czop na dużą odległość. Widzimy ponad murem wystraszone twarze. Dostarczam biegiem czop na stanowisko ogniowe. Szybka powtórka wszystkich czynności i wystrzał. Teraz Józek biegnie z czopem a ja zajmuję jego miejsce. Zwalniamy tempo strzelania, kiedy procesja przechodzi na drugą stronę kościoła. Kiedy po trzykrotnym okrążeniu kościoła baldachim z monstrancją jest już w kościele, następuje ostatni wystrzał. Wyposzczeni w poprzednich dniach, z radością idziemy do domów na Wielkanocne Śniadanie. Przez całą niedzielę słychać w różnych częściach miasta pojedyńcze odgłosy wystrzałów. Jednak żaden z nich nie równał się z naszą kaną, strzelającą jak wojskowy moździeż. Poniedziałek Wielkanocny to śmigus-dyngus. Z relacji rodziców wcześniej dyngowano /dyng-wykup/,polegającym na wykupie chodzących po dyngusie. Dostawano różne ciasta, kiełbasy, i jajka. Dla nas był tylko śmigus. Oblewanie wodą ma początek w czasach prasłowiańskich. Wierzono w oczyszczającą moc wody. Niejasny jest początek lanego poniedziałku. Niektórzy łączą ten zwyczaj z Jezolimą, gdzie rozmawiających o zmartwychwstaniu Chrystusa Żydzi z okien oblewali wodą głoszących takowe wieści. Inni ów zwyczaj wywodzą od wprowadznia wiary świętej do Polski. Nie mogąc wielkiej liczby ludzi chrzcić pojedyńczo, stojących nad wodą polewano obficie. Kiedy w kościele zaczęto święcić wodę, obrzęd ów utwierdził stary zwyczaj. Chłopcy w różne pojemniki, butelki, małe konewki i pompki do rowerów, nabierają wodę ze studni w rynku. Zaczyna się oblewanie wodą. Szczególnie dostaje się dziewczynom wracającym z kościoła. Nie wzbraniały one polewania, bo nieoblane mogły nie mieć powodzenia u chłopców. To samo robią chłopcy na dole, przy studni u wylotu ulicy Szkolnej. Kolumna studni z uchylną dzwignią jest na linii wodociągu Żuklin-Kańczuga-rynek. Jestem z Tadkiem Dytrychem i kilkoma chłopcami przy studni w rynku. Jeden z nich chcąc polać Tadka butelką z obłupaną szyjką, zahaczył nią o jego wargę. Z mocno krwawiącą raną szybko pobiegliśmy do felczera med. p. Rybaka, mieszkającego w budynku bursy. Tam po zaopatrzeniu Tadka, poszliśmy do domów. Był to dla mnie na długo zapamiętany śmigus. Pamiętajmy w tym czasie o radach Leona Potockiego z 1854 roku: '' Minęły wieki...a to co weszło w zwyczaj, niech zwyczajem zostanie, a to, co było,cośmy od Ojców zasłyszeli, lub sami jeszcze widzieli, przekażmy tym, co po nas przyjdą,; pomni, że gdzie była przeszłość, tam i przyszłość będzie...'' Nie ma już wsród nas kanonierów rezurekcyjnych salw. I tylko grzmoty piorunów przypominają mi o ich nieprzemijającym istnieniu. Eugeniusz Sochacki

[Kanczuga] Galeria Węgierska czynna w niedzielę

Ocena użytkowników:  / 0

W zbliżające się dni weekendowe będziemy mogli robić zakupy w Galerii Węgierskiej również i w niedzielę. W sobotę Galeria czynna będzie od 9:00 do 15:00, a w niedzielę 24. marca od 12:00 do 18:00. Galeria Węgierska organizuje co powiem czas niedziele handlowe. Jedna z nich będzie w najbliższą niedzielę. Klienci odwiedzający Galerię z gazetką ze specjalnymi kuponami dostaną zniżki na towary i usługi nawet do -10% wartości.

http://galeria-wegierska.pl/wp-content/uploads/2013/03/anel.jpg

Galeria wzbogaciła się o dwa nowe stoiska. Kwiaciarnię Kamelia oferującą florystykę ślubną, wiązanki okolicznościowe, rośliny doniczkowe oraz art. dekoracyjne, doniczki i kartki. Drugim ciekawym stoiskiem jest Salon kosmetyczny i Solarium ANEL. Obydwa stoiska oferują rabat -10% po okazaniu ulotki.

Galeria Wegierska posiada swoją stronę internetową, gdzie zamieszczane są informacje o aktualnych wydarzeniach. Jej adres to: www.galeria-wegierska.pl.

Pokój do wynajęcia

Ocena użytkowników:  / 0
Do wynajęcie pokoj w centrum Kanczugi, cena do uzgodnienia. Tel. 609 364 644.

Z I M A

Ocena użytkowników:  / 6
Miasto  Ełk, w którym obecnie mieszkam znajduje się w regionie o zaostrzonym klimacie. Zimy są tu mroźne, śnieżne i długie. Widok zmrożonych drzew, czapy śniegu na świerkach i iskrzący się w oddali las, przywołuje zimowe wspomnienia mojej młodości lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Zimy w Kańczudze były zawsze zgodne z czasokresem kalendarza. Już w czasie  wolnych dni od nauki w okresie Świąt Bożego Narodzenia zaczynaliśmy uprawianie różnych sportów zimowych. Drogi i ulice miasta były ubite przez sanie gospodarzy jadących do miasta z okolicznych miejscowości. Często słyszałem już od wczesnych godzin porannych dźwięczący głos janczarów przy homontach końskich. Ulice nie były posypywane, co ułatwiało jazdę na sankach i łyżwach. Od godzin popołudniowych zaczynaliśmy jazdę sankami od drogowskazu stojącego w środku rozjazdu ul.Świerczewskiego /obecnie J.Piłsudskiego/ przy głównym skrzyżowaniu ulic. Szczególnie były wskazane długie sanki, mogące pomieścić kilka osób. Duże obciążenie dawało dużą prędkość. Przy studni wylewana dla zabawy woda tworzyła na ulicy taflę lodową. Dodawało to jeszcze prędkości jazdy w dół między skarpami zabudowań i Cerkwi. Często dojeżdżaliśmy aż do Ośrodka Zdrowia, znajdującego się  na rogu ul.Szkolnej i ul.Świerczewskiego. W godzinach wieczornych ulice były puste, co dawało bezpieczeństwo jazdy. Jeździli starsi, młodzi chłopcy i dziewczyny. Nie pomnę wszystkich a jedynie niektórych. Oto oni: Waldek Sakowski, Roman Gorlach, Andrzej Michniewicz, Leszek Penc, Józek Łas, Józek Piestrak, Zdzisio Szymczakiewicz, Rysiek Bachnacki, Rysiek Lewkowicz, Jacek Wołoszynski, Emil Tonia, Henio Kędzior, Waldek Lewkowicz, Tadek Sopel, Kazio Sikora, Adam Przewrocki, Janek Świstek. Były też odważne dziewczyny: Zosia Piestrak, Halina Puć, Anna Lewkowicz, Krystyna Lewkowicz, Anna Kopczyńska. Odważniejsi zjeżdżali sankami z góry ''Żuklińskiej''. Kiedyś razem z Kaziem Sikorą i Ryśkiem Lewkowiczem zjechaliśmy w dół aż za tory kolejki. Strach wielkiego pędu i z ledwością pokonany ostry zakręt w prawo na samym dole wyłączył nas z dalszej jazdy. Dobrym stokiem do jazdy na sankach i nartach była góra wzdłuż prawej granicy parku w Żuklinie.  Z Wieśkiem  Szumierzem ćwiczyliśmy skoki na nartach na małej uklepanej skoczni powyżej cegielni Bara. Ja po złamaniu narty zrobionej z jesionu, z byle jakimi wiązaniami skończyłem skakanie. Mogłem już tylko mierzyć Wieśkowi długość skoków. Któregoś  popołudnia ojciec Wieśka p.Antoni, będący naczelnikiem poczty, zaproponował nam dostarczenie ważnego telegramu do Pantalowic. Za pocztową opłatę zgodziliśmy się. Droga przez dzień była trochę ujeżdżona saniami. Na miejsce dość szybko dotarliśmy. Idziemy z powrotem przy chylącym się już ku zachodowi słońcu nad wzgórzami Sieteszy. Początkowo było ciężko iść po wznoszącej się w górę drodze. Po przejściu kilkudziesięciu metrów, zobaczyliśmy idące równolegle do nas trzy wilki, które były oddalone od nas w linii  prostej ok. 100m. Szły po wywianym od śniegu zboczem. Nie mogły przejść do drogi, ponieważ dzieląca nas dolinka była cała zasypana grubą warstwą śniegu. Na przemian marsz forsowny i bieg. Wilki zaczynają zostawać z tyłu. Otuchy dodawały nam grube niewysokie wierzby, na których w razie niebezpieczeństwa moglibyśmy się schronić. Szybko doszliśmy do szczytu drogi skręcającej w lewo i pędząc w dół mieliśmy cały strach za sobą. Dla odmiany jeździliśmy na łyżwach. Mieszkając na ul. Węgierskiej w domu p. Bronka Fudalego, miałem blisko do stawu u p.Chromika, który zezwalał nam na korzystanie z lodowiska. Bez żadnego problemu korzystaliśmy z lodowiska na stawie znajdującym się na końcu ulicy naprzeciw ostatniego domu p. Szafrana. Do prawidłowej jazdy przyuczał nas Ignacy Krupinski. Któregoś razu ucząc nas jazdy do tyłu tzw. przekładanką wpadł po pachy do przerębli. Wówczas  nauka się skończyła. Zdarzało się, że po lekkiej odwilży zostały zalane łąki poniżej cmentarza. Po nawrocie mrozu powstało olbrzymie lodowisko, począwszy od mostu ''sieteskiego'' aż do drewnianego mostu przy cmentarzu. Organizowaliśmy tam drużyny do gry w hokeja. Wycięte z wierzby tzw. hokejówy i drewniany krążek wystarczyły do dobrej zabawy. Dobry czas zimowych sportów był równocześnie trudnym dla naszych rodziców. Miesiące zimowe były czasem tzw. przednówku. Brak było podstawowych produktów spożywczych. Czynne były dwie piekarnie. Gminnej Spółdzielni Samopomocy Chłopskiej, z lokalizacją z tyłu narożnej kamienicy rynku i ul.Kościuszki i prywatna p.Pokrzywy przy ul. Słowackiego. Ze względu na reglamentację mąki, nie mogły one pokryć wystarczająco zapotrzebowania miasta w pieczywo. Kiedy napierający tłum w sklepie przy rynku przewalił ladę na regały z pieczywem, chleb zaczęto sprzedawać przez małe okno narożnej kamienicy piekarni GS. Często wiele osób odchodziło bez chleba.  Z ojcem chodziliśmy na tzw.''Budy'' przy dawnym folwarku do rodziny mojego kolegi Staszka Fudalego. Były tam żarna, na których z ziarna ucieraliśmy mąkę. Upieczone przez mamę razowce bardzo smakowały. Ojciec utrzymywał rodzinę z prowadzonego warsztatu szewskiego. Było w tym czasie kilku szewców: p.Hawro /ul.Węgierska/, p.Wójcik i p.Szpyrka /przedmieście/,  bracia Kopczyńscy /Rynek, ul.Szkolna/, p.Czaja /ul.Szkolna/, był jedynym krojczym skórzanych form na nowe buty dla wszystkich szewców. W końcu lat czterdziestych i początku pięćdziesiątych byłem świadkiem wielu rozmów prowadzonych do późna w nocy przy ojca warsztacie. Kwaterka bimbru i lampa naftowa były dobrym tłem dla różnych opowieści. Zdarzało się, że idący na nocny patrol rejonu Siedleczki i okolic starszy wiekiem milicjant,  zatrzymywał się u ojca. Pistolet maszynowy /tzw. pepeszę z okrągłym magazynkiem/ stawiał w rogu przy drzwiach i na rozmowie do pierwszego brzasku kończył służbę. Nieraz mówił, że w dzień jest nasza władza a w nocy nie wiadomo czyja. W tych latach nie działała częściowo zniszczona elektrownia Kellermana, znajdująca  się przy stacji kolejowej. Panowały w mieście ciemności z widocznymi w oknach światełkami lamp naftowych. W rynku głównym świeciły cztery lampy /prawdopodobnie gazowe, tzw. karbidówki/, wiszące na metalowych wysięgnikach. Jedna przy magistracie, następne przy szynku Świstka, budynku milicji i przy wejściu głównym w środku budynku bursy szkolnej. Na małym rynku była lampa przy szynku p. Szymczaka  /tak skrótowo nazywano p. Szymczakiewicza/.  Podstawowym i jedynym paliwem do lamp była nafta. Często chodziłem z kanką po naftę do magazynu GS urządzonego w Cerkwi. Biura GS mieściły się w budynku dawnego Domu Ubogich /dotrwał do 24.04.1948r/ przy ul.1Maja. Po kilku latach biura te przeniesiono do budynku p. Sawickiej w głębi dolnej ulicy Świerczewskiego. Na przylegającej posesji urządzono magazyn, skład opału i materiałów budowlanych. Cerkiew została pusta i pozostawiona na pastwę losu. Szybko zostały wyrwane razem z futrynami dwoje drzwi od strony ogrodów. Pozostała otwarta mała kuta boczna furta od ulicy. Jedynie wejście główne było przez jakiś czas zamknięte na kłódkę. Miejscem, gdzie  przy piwie i bilardzie mogli posiedzieć nasi ojcowie, była gospoda GS w budynku p.Kułaka przy głównym skrzyżowaniu ulic, szynk p.Świstka w środku lewej pierzei rynku oraz szynk przy małym rynku. Dni stają się coraz dłuższe. Mróz słabnie i śniegu coraz mniej. Nadchodzi czas wyniesienia na strychy sanek, nart i łyżew. W powietrzu czuje się zbliżającą  wiosnę. Do zobaczenia w dniach   Świąt  Wielkanocnych tamtych lat.     Eugeniusz Sochacki

SZOPKA

Ocena użytkowników:  / 11

Szopka krakowskaDla pamięci potomnych na chwilę przenieśmy się w czasy obrzędu  kolędniczego naszego miasta lat pięćdzesiątych ub. wieku. Jako nastoletni chłopcy już od początku grudnia przygotowujemy gwiazdę razem z Ryśkiem Lewkowiczem mieszkającym w sąsiedztwie przy ul. Węgierskiej. Ćwiczymy kolędy i przygotowujemy przebrania. Zaczyna się czas Świąt Bożego Narodzenia. Chodzimy z gwiazdą po kolejnych ulicach, unikając spotkania ze starszymi kolędnikami w obawie przed zniszczeniem gwiazdy.

W ciągu kilku następnych lat z dużym zaciekawieniem obserwuję trupę teatrzyku lalek /kukiełek/, z dużą szopką, kolędujących w składzie czterech dużo starszych ode mnie chłopców. Są to: Tadek Dytrych, Władek Cieleń, Rysiek Cwykiel i ochraniający ich Władek Barszczak, który niczego i nikogo się nie boi. W międzyczasie w trupie kolędniczej następują zmiany, również tragiczne. Rysiek Cwykiel ginie w wypadku, udeżając motocyklem "Junak" w wóz konny na drodze do Siedleczki. Władek Cieleń wyjeżdża na Śląsk, zastępuje go jego brat Witek. Barszczak wyjeżdża do Wrocławia. Zostaje dwóch aktorów-animatorów. Dzięki Tadkowi Dytrychowi zostaję trzecim członkiem trupy w składzie: Tadek Dytrych, Witek Cieleń i ja. Pózniej dochodzi do pomocy Józek Łas.

Dopiero wtedy poznałem dokładnie cały zestaw szopki, układ manualny, wypowiadane kwestie poszczególnych kukiełek oraz technikę kolędowania.  Była ona b.ważna dla uniknięcia spotkania z niektórymi nadgorliwymi milicjantami.

Szopka była sporych rozmiarów. Dł. ok. 70 cm, szer.ok. 35 cm, wys.ok. 50 cm. Na tylnej ścianie miała pasy do noszenia tak jak plecak. Zbudowana na wzór arabskich budowli, z bocznymi wieżami i długim balkonem. Szopka właściwa ze św. Rodziną i zwierzętami, w formie dużego szałasu znajdowała się w części środkowej. Po bokach wież były dwa ucha na tzw. nogi, z poprzeczkami u dołu i u góry. Pozwalało to na statyczne ustawienie szopki na wys. ok. 90 cm od podłogi.

Lalkarze w czasie występu byli niewidoczni. Pracujące ręce zasłaniała zasłona opuszczana z przodu sceny. W scenie były wycięte rowki do przemieszczania kukiełek. Kukiełki były wys. ok.15 cm z przedłużonym od stopy sztywnym kijem, zwanym gabitem, którym porusza aktor-animator.

Zaczynamy kolędowanie w Wigilię po wieczerzy. Podchodząc do domostwa głośnym głosem "szopka na lalki" oznajmiamy swą obecność. Gospodarze zapraszają nas do środka. Po ustawieniu szopki zaczynamy jasełkowy teatrzyk kolędowy. Pierwszą wprowadzaną kukiełką jest Prorok. Informuje widownię słowami: "wszystkim wobec kolędy naprzód winszujemy, zanim wielką nowinę państwu opowiemy, naszym będzie staraniem aby niedługo bawić, ale proszę łaskawie uszy ku nam nastawić. Wchodzi wejściem w pierwszej wieży, wychodzi wyjściem w drugiej. Po nim wchodzi Włoch prowadząc niedźwiedzia, i z przyśpiewką "Włoch z daleka naskakuje, wykrzykuje...itd.  przechodzi przez całą scenę. Następny to Cygan z głosem, "Cygan bieży z dary swymi, za drugimi....itd. Po nim na scenę wchodzą pasterze. Zatrzymują się przed szałasem ze św. Rodziną . Śpiewamy dwie zwrotki kolędy "Wśród nocnej ciszy". Pasterze pozostawiają dwie owieczki przed szałasem i odchodzą.

Po tym jest akcent rodzimy - krakowiacy. Dwie pary w tańcu prowadzone są przez dwóch lalkarzy z pieśnią "alboż my tu jacy tacy, chłopcy krakowiacy..." itd. Następnie wchodzą Trzej Królowie przy śpiewie kolędy "Mędrcy świata monarchowie..." itd. Po ich odejściu zasłaniamy zasłonką szałas ze św. Rodziną. Między ścianą boczną lewej wieży a ścianą szałasu zostaje odsłonięta siedząca czarownica robiąca w maśniczce masło. Z bramy wieży wyskakuje diabeł z widłami i o czymś żywo rozprawia z czarownicą. Jednocześnie przy prawej wieży odsłaniamy Króla Heroda. Pojawia się śmierć z kosą i ścina głowę Herodowi. Uradowany diabeł doskakuje do Heroda ze słowami, "mój Herodzie, choć tyś wielki wezmę Cię na piekielne męki". Śmierć wychodzi, a diabeł biorąc Heroda na widły znika w wieży. Józef prowadzi osiołka, na którym siedzi Maria z Dzieciątkiem. Maria prosi słowami: "pomaleńku Józefie bo ja nie mogę", a Józef odpowiada: "a jeszcze mamy iść w daleką drogę". Kiedy znikają w drugiej bramie, z dala dochodzi tętent koni. Jeden z lalkaży prowadzi na balkonie w szybkim tempie jadących na koniach żołnierzy rzymskich powtarzając: "już Maryi nie dogoni ".

Zbliżamy się do końca. Na scenę wychodzi dziad ze słowami: "prosi dziadek prosi, torbę z workiem nosi ". Od dzieci wpadają do torby żeleźniaki, od starszych zdaży się i banknot. Jasełka kończymy kolędą wspomagani przez domowników. Wychodzimy ze słowami: "za kolędę dziękujemy, zdrowia, szczęścia winszujemy na ten nowy rok". Problemem kolędowania w rynku było sąsiedztwo posterunku milicji, który był na pierwszym piętrze w kamienicy naprzeciw rynku. Oddzielały go od rynku tzw. planty, których drzewa w zimie bez listowia dawały policjantom wgląd na cały rynek i przylegające uliczki.

W któreś ze świąt byliśmy zaobserwowani i ścigani przez jakiegoś milicyjnego nadgorliwca. Uciekając w kierunku dolnego lewego narożnika rynku, przebiegliśmy przez sień p. Słomy i dalej przez podwórze na ulicę Szkolną. Ja po zamknięciu drzwi sieni przeskakując przez pryzmę zasypaną śniegiem, potknąłem się wysypując z koszyka kilka kukiełek. Po szybkim pozbieraniu się dołaczyłem do kolegów. Bocznymi uliczkami dotarliśmy do domu Tadka Dytrycha stojącego do dzisiaj na początku ulicy Dr Sawickiego.

Po sprawdzeniu szopki okazało sie, że brak jest kukły śmierci. Aby móc w drugim dniu świąt dalej kolędować musiałem wyrzeźbić kukłę śmierci. Przy zachowaniu czujności nie mieliśmy trudności w kolędowaniu przez kilka dobrych lat. Po maturze w 1960 r przekazałem szopkę mojemu młodszemu bratu do dalszego ciągnienia tradycji kolędniczej. Ten jednak nie mając odpowiednich uzdolnień aktorskich zostawił szopkę w stanie spoczynku na strychu domu, w którym mieszkaliśmy  po przeprowadzce z ul Węgierskiej na ul. 1 Maja /obecnie 3Maja/.

Wyjechałem na trzy lata do Wojskowej Szkoły Oficerskiej w Koszalinie. Kiedy po kilku latach chciałem ożywić tradycję kolędowania, okazało się, że szopka z całym wyposażeniem zginęła. Do dzisaj nikt z rodziny niewie co się z nią stało. Trzy lata temu nawiązałem kontakt z osobą o zacięciu rzeźbiarskim p. Stanisławem Cieleniem, w celu odtworzenia szopki. Zaczął od rzeźby kukiełek. Nie wiem czy dotarł do kukły śmierci bo ta sama do Niego przyszła. Praca Stanisława została drastycznie przerwana. Dzisiaj wracając do tamtych lat widzę twarze dwu pokoleń kolędników "szopki na lalki", którzy odeszli na wieczne kolędowanie. Zostawili mnie samego, chyba po to abym mógł z kronikarskiego i moralnego obowiązku wpisać Ich obecność na karty historii miasta Kańczugi.

Kończąć, przypomnę strofę góralskiej pieśniczki. "Byli chłopcy byli, ale się zwinęli. I my się zwiniemy po maluczkiej chwili".

Eugeniusz Sochacki

Moje Miasto

Ocena użytkowników:  / 16

MOJE MIASTO

budowa drogiJestem patriotą mojej małej ojczyzny, m. Kańczugi, gdzie się urodziłem i mieszkałem do matury. Po maturze (w 1960 roku) byłem zmuszony opuścić swoje rodzinne strony, ponieważ dalszą edukację można było kontynuować tylko w większych ośrodkach akademickich. Panująca bieda w miasteczku i brak miejsc pracy w latach pięćdziesątych ub. wieku, były powodem migracji wielu młodych ludzi - moich rówieśników. Teraz po wielu doświadczeniach zawodowych, z odległości  ponad pół tysiąca km., odwiedzam Kańczugę raz lub dwa razy w roku. Daje mi to obiektywną ocenę zmian i zjawisk  na przestrzeni około pięćdziesięciu lat. Moim zdaniem, zaistniały w tym czasie zjawiska  pozytywne w rozwoju miasta, choć nie ustrzeżono się też negatywnych. W ubiegłych latach zakres obowiązków burmistrza dotyczył wyłącznie spraw związanych z miastem. Natomiast wójt z siedzibą w mieście, zajmował się sprawami dot. podporządkowanych mu miejscowości wiejskich. Powodem zwiększenia zakresu odpowiedzilności wójta, było połączenie stanowisk burmistrza i wójta. Wójt  kierujący  wieloma  sołectwami, nie czuje potrzeb miasta, nie  będąc jego mieszkańcem. Burmistrz winien spełniać rolę szeryfa znającego  ludzi, ich potrzeby i troski. Powinien znać jasne i ciemne zaułki miasta. Nie jest przecież sam, do tego ma odpowiednich ludzi, którym należy stawiać konkretne zadania i egzekwować ich wykonanie. Ordynacja wyborcza w takiej strukturze wyborów, gdzie stosunek ilości głosów wiejskich trzykrotnie przewyższa elektorat miejski, nie daje szansy  na wybór  burmistrza będącego mieszkańcem miasta. Jest to powodem zniechęcenia, a zarazem  niskiej  frekwencji w wyborach mieszkańców miasta.

budowa drogi 2Obserwuję panujący marazm i brak inwencji twórczych,  szczególnie dotyczy to ludzi młodych, którzy widzą swoje miejsce w innym świecie. Chciałoby się uaktualnić banderę z manifestacji warszawskiej na miejskiej tablicy ogłoszeń słowami "OBUDŹ SIĘ KAŃCZUGO". Strategiczny plan rozwoju zawiera kilka ważnych przedsięwzięć, choć wiele planowanych zadań jest zbyt ogólnymi, w większości podpartymi środkami unijnymi. Żeby powyższe środki uzyskać np. z funduszu rozwoju regionalnego, należy przygotować i wykonać prawidłowo projekty. Są to tzw. projekty twarde, oparte na procentowym stosunku tych  środków do kapitału własnego. Przypuszczam, że w urzędzie są ludzie potrafiący wykonać takie projekty. Jednym z poważnych zadań była wykonana tzw. rewitaryzacja rynku. W tym miejscu słowo "rewitalizacja" zamienić by należało na dewastację tkanki średniowiecznego miasta.  W przeszłości rynek spełniał rolę gospodarczą, był widownią różnych imprez. Zniszczono  pracę  wielu  ludzi, którzy podwodami przywozili kamienie, a brukarze je układali, tworząc unikalny plac rynkowy. Działo się to w ubiegłych stuleciach  siłą koni i rąk ludzkich. Nawet  najeźccy i plądrujący barbarzyńcy nie wpadliby na taki pomysł dewastacji. Na tym miejscu urządzono teren zielony z kilkoma  ławkami, a częśc okólną zalano asfaltem.

rynek miejskiPomnik  Grunwaldu zamiast w centrum rynku  przed  budynkiem magistratu,  postawiono w narożniku rynku z placykiem, na którym mogą pomieścic się tylko delegacje, poczty sztandarowe i orkiestra. Zniszczono studnię w dolnym prawym narożu rynku, czynną jeszcze pod koniec ub.wieku. Pozostała tylko krata ściekowa. Na tym miejscu zrobiono parking na dwa samochody. Przewodnik Turystyczny "Przeworsk i Okolice" z 1960r, wydany przez Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze, Oddział w Przeworsku, notuje cyt.: "osobliwością miasta jest znajdująca się w rynku naprzeciw cerkwi studnia, posiadającą bardzo dobrą wodę, ciągnioną z dalekiego, poza miastem znajdującego się zródła." Pamiętam studnię z dwiema kolumnami, większą i mniejszą, w których pierwotnie uchylne dzwignie Spódzielnia "Metalowiec" zastąpiła większą dla dorosłych i mniejszą kolumnę kołami, które ruchem obrotowym pompowały wodę. Obok był basen na wodę, którego częścią naziemną była charakterystyczna dla tego typu urządzeń stylowa drewniana nadbudowa. Było to alternatywne ujęcie wody, zarówno do celów sanitarych jak też p.pożarowych. Śieć hydrantowa w wyniku nieprzewidzianych zdarzeń może być niesprawną. Stare miasto ze ścisłą zabudową jest szczególnie zagrożone. "Czerwony kur" nie śpi. O tym winień wiedzieć referat obronny urzędu. Stosowana zasada "że jakoś to będzie" winna być na zawsze wykreślona z obiegowego słownictwa. Rynek już w średniowieczu był brzuchem, a nieodłączną głową magistrat. Zapomnieli o tym włościańscy urbaniści. Nie mam słów oburzenia na takie działania. Zrobiono to za niemałe, planowane 300 tyś.zł podatników miasta i gminy.  Przez rynek z "kocimi łbami" chodziłem tysiące razy do szkoły podstawowej.

dawny targW dolnym lewym rogu między parcelami  Słomy i  dentysty w kierunku szkoły, była uliczka wybrukowana tak jak rynek. Turkot wozów przeszkadzał. Jeden z właścicieli przylegającej  posesji, zapewne za zgodą władz miasta urządził na jednej trzeciej szerokości ulicy rabatę kwietną, która jest do dziś. Placyk targowy jak na kpinę zrobiono na kawałku łąki,  dawnego właściciela Fudalego przy ul.Węgierskiej. Są to fakty niemalże kryminogenne, warte zainteresowania przez odpowiednie organy kontroli i konserwatora zabytków. Należy przywrócić do życia część miasta, jaką jest rynek. Utracił on swoją pierwotną funkcję. Należy opracować projekt merytorycznie uzasadniający to przedsięwzięcie by móc pozyskać 100% środków finansowych. Jako część urbanistyczna Dziedzictwa Narodowego projekt ów może być w całości finansowany ze środków funduszu unijnego.  Magistrat mógł powiększyć  swoją siedzibę w głąb i na boki. Mało tego, naprzeciw rynku był wolny plac poniżej dawnego internatu. Aby ten plac jeszcze powiększć wyburzono zabytkowe domy Lewkowicza i Burzyńskiego. Po co mają nam mieszkańcy łazić po urzędzie, zróbmy go w oddaleniu od centrum. I tak też zrobiono. To kolejny popis urbanistyczny. Dojazd do nowego urzędu drogą zamaskowaną, dobrą dla warsztatu samochodowego. Dojście na skróty cuchnącą "uliczką" obok ruiny domu p. Sasa. Był on ostatnim "klikonem-krzykaczem" miejskim. Rozpoczynał trzykrotnym tremolo na werblu. Po tym doniosłym głosem ogłaszał zarządzenia magistratu. Robił to przy skrzyżowaniu dróg po niedzielnej sumie. Wraz z nim odeszła piękna śreniowieczna tradycja. Działo się to jeszcze w latach pięćdziesiątych ub. wieku.

Kanczuga9Na pochwałę władz miasta zasługuje wykonanie głównego skrzyżowania dróg. Tym co szpeci dobrą robotę jest pozostawienie domu dawnego właściciela Kułaka. Wyburzono zabytkowy dom po drugiej stronie ulicy, za niemałe pieniądze, a z tym nie można było sobie poradzić. Gdyby takie zawalidrogi były nie do ruszenia, to nie zrobilibyśmy żadnej inwestycji drogowej.  Przylegający do skrzyżowania szpecący skwer wzdłóż ulicy Węgierskiej, powinno się jak najszybciej właściwie urządzić. Oceniając skrótowo urbanistykę miasta, nie sposób wspomnieć o działalności inwestycyjnej proboszczów parafi kańczuckiej. Pamiętam czasy wielu zaniedbań. W tamtych latach bieda parafian, brak sponsorów, reglamentacja materiałów i nie zawsze pozytywny stosunek władz do kościoła katolickiego, były powodem niszczącej działalności czasu, tak ważnych i zabytkowych obiektów sakralnych. W nowych warunkach ustrojowych, proboszczowie wykonali olbrzymią pracę przy kańczuckiej świątyni, zaczynając od wieży, dachu, a kończąc na fundamentach. Prowadzone prace konserwatorskie wewnątrz przywracają świetność naszej świątyni. Wspomnieć należy czasy, kiedy kondukty pogrzebowe brnęły po błocie, na tzw. nowy cmentarz. Teraz można suchą nogą dojść do tych co odeszli. Należy wspomnieć o zaangażowaniu i ciężkiej pracy p.Adama Kłosa, który doprowadził do należytego, niemalże wojskowego porządku, nowe miejsca pochówku.

budowa kinaOkazuje się, że mądrość, zaangażowanie, umiejętność wykorzystywania środków prowadzi do sukcesu. Przykładem ciągłości działania jest rozbudowa i konserwacja starego budynku plebani przez obecnego proboszcza.  Pozostaje proboszczowi rozwiązać problem budynku parafialnego, stojącego blisko kościoła. Budynek ów w czasach mojej młodości spełniał rolę ośrodka kultury. Odbywały się tam spektakle teatralne pod kierunkiem artystycznym p. Szymkiewicza. Później przeniesiono siedzibę kina "Piast" z Domu Strażaka przy dawnej ul. Gen. Świerczewskiego. Po przebudowie i modernizacji obiektu, powstało kino z prawdziwego zdarzenia. Niestety w latach nowego systemu państwowego kino zostało zlikwidowane, bez sprzeciwu władz miasta. Budynek ten szpeci swoim obskurnym wyglądem. Rozwiązaniem jest sprzedaż, z korzyścią dla parafi i miasta. Zrobiono tak w poprzednich latach, choć niezbyt racjonalnie, sprzedając przedsiębiorcy materiałów budowlanych budynek przedszkola "Caritas" na ul.Węgierskiej. Przedszkole prowadziły mieszkające tam siostry zakonne. Mieszkają one obecnie aż pod Żuklinem i muszą cwiczyć marszobiegi do kościoła i na katechezę.

Odrębny temat dot. przemysłu i sportu. Rozwój miasta nabrał tempa w czasie funkcjonowania fabryki "Kamax", kierowanej przez menedżera wybitnej klasy, dyrektora Antoniego Kubickiego. Kańczuga uzyskała drugi oddech. Dyrektor  Kubicki rozbudował zakład, dając pracę dla wielu mieszkańców miasta i okolic. Dobre zarobki bogaciły społeczeństwo. Jako zapalony miłośnik sportu, zmodernizował stadion sportowy. Drużyna "Kamaxu" otarła się niemalże o drugą ligę piłkarską. Miło mi było czytać w prasie sportowej Śląska o sukcesach drużyny, z dotychczas nieznanego miasteczka. Wydawnictwa ekonomiczne zamieszczały informacje o specyficznej produkcji kańczuckiej fabryki. Dyrektor Kubicki spowodował zasilenie ciepłem osiedla mieszkaniowego, szkoły podstawowej a nawet stadionu, na którym funkcjonował mały hotelik. Z-ca dyr. naczelnego ds. tecznicznych dyr. Franciszek Kiełbasa dbał o zaopatrzenie załogi zakładu w opał, jeżdżąc osobiście do Centrali Zbytu Węgla w Katowicach. Sytuacja zaopatrzenia  ludności była nieporównywalnie gorsza od dzisiejszej. "Kamax" przejął ośrodek wypoczynkowy "Arłamów",  w którym mogli wypoczywać pracownicy zakładu razem z rodzinami. Zrobiono w ośrodku bazę sportów zimowych. Ośrodek z powodzeniem nadal funkcjonuje. Dzisiejszy sport w mieście, pomimo wybudowania przez Urząd Miasta pięknej hali sportowej, nie może wyjść poza granice powiatu.

Kończąc, proszę Pana Burmistrza o przychylne spojrzenie na moje miasto. Niech pozostawi Pan pozytywne ślady swojej bytności i w miarę możliwości naprawi to, co inni przed Panem zniszczyli. Tego życzę Panu i moim rodakom.

Eugeniusz Sochacki

[Przeworsk] Zgrzyty w Radzie Miasta

Ocena użytkowników:  / 0

Poniżej znajdują się obszerne fragmenty oświadczenia Pani radnej Krystyny Pieli – Neuberg, przedstawione na ostatniej sesji Rady Miasta Przeworska.

Przeczytałam protokół Komisji Rewizyjnej Rady Miasta Przeworska. Ponieważ w części dotyczy on mnie, chcę się więc do niego odnieść.
Przede wszystkim mam żal do kolegów radnych, że nie poprosili mnie o wyjaśnienia. Chodzi o to, że zakwestionowano zasadność zatrudnienia do korekty Wiadomości Samorządowych Przeworska mojej córki. Do tej pory ja robiłam tę korektę od niemal początku powstania gazety. Burmistrzem był wtedy pan Kazimierz Borcz, a poprosił mnie o to ówczesny sekretarz, pan Jan Para. Pracę wykonywałam przez wiele lat nieodpłatnie. Zmieniły się władze, a ja nadal, z krótkimi przerwami, zajmowałam się korektą, od roku 2007 odpłatnie. Obecna pani burmistrz zastała już taki stan rzeczy.
Kiedy zostałam radną, zgodnie z Ustawą o samorządzie gminnym, nie mogłam być już zatrudniona na umowę zlecenie przez burmistrza, zaproponowałam więc na swoje miejsce córkę, która jest mgr. Filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim i mgr. edytorstwa na Akademii Pedagogicznej w Krakowie. Pomyślałam sobie, że trochę jej pomogę (wcześniej też korektę robiłyśmy wspólnie), a kiedy moja kadencja się skończy, to wrócę do tego zajęcia.
(...) w pierwszej chwili po przeczytaniu uwag komisji rewizyjnej pomyślałam, że może faktycznie było to niepotrzebne, bo sprawia wrażenie, że załatwiłam córce pracę. Potem ogarnęły mnie wątpliwości. Bo kto w końcu ma to ocenić? Czy członek komisji, którego pierwszą załatwioną sprawą była praca dla syna w jednostce podległej miastu? A może członek komisji rewizyjnej, który w myśl wymienionej wyżej ustawy (art. 24f) powinien w ciągu 3 miesięcy od ślubowania zawiesić działalność gospodarczą wykonywaną z wykorzystaniem mienia miejskiego? Zasypuje urząd pismami na temat swoich konkurentów, bo przecież z korzyścią dla mieszkańców będzie zmonopolizowanie przez niego rynku i taki sobie obrał cel, zostając radnym.
Jest jeszcze członek komisji rewizyjnej, który wykorzystując swoje uprawnienia, zgłasza wniosek w imieniu komisji o finansowanie przez urząd miasta stowarzyszenia, w którym dorabia do pensji. I on również próbuje podważyć decyzje komisji konkursowej, która przyznała środki Klubowi Miejskiemu „Orzeł” grającemu w III lidze. Co tam przecież III liga, co tam promocja miasta, trzeba dać pieniądze tym, którzy zatrudniają radnego. I znowu łamany jest przepis Ustawy o samorządzie gminnym (art.25a), który mówi, że „ Radny nie może brać udziału w głosowaniu w radzie ani w komisji, jeżeli dotyczy ono jego interesu prawnego”.
Zastanawiam się, czy tacy radni to właściwi ludzie, by czynić pani burmistrz (a pośrednio mnie) jakiekolwiek zarzuty w omawianej sprawie.
Na koniec jeszcze propozycja jednego z członków komisji rewizyjnej, bym to ja przeprowadzała korektę Wiadomości Samorządowych, lecz nieodpłatnie. Zgadzam się, ale pod warunkiem, że pan radny da mi przykład i zrezygnuje z diety. Wszak praca radnego jest pracą społeczną, praca korektora - nie.
W protokole znajduje się też propozycja, by zebrać oferty i wybrać odpowiednią osobę do korekty. Kto jednak ma zdecydować, czy kandydat jest odpowiedni, bo chyba nie ci, którzy na własnych stronach internetowych mają mnóstwo błędów. Jedynym kryterium nie może być przecież niska cena. Trzeba wziąć pod uwagę umiejętności i doświadczenie oferenta. Wiadomości samorządowe idą w świat (m.in. do Biblioteki Narodowej), niech więc ten świat nie ma okazji do śmiania się z braku podstawowych umiejętności językowych przeworszczan.
Kończąc swoje oświadczenie, wyrażam nadzieje, że stanie się ono podstawą do przemyśleń opinii publicznej nad kompetencjami radnych, a dla pana przewodniczącego Rady Miasta Przeworska – podstawą do zastanowienia się nad działalnością komisji rewizyjnej. Wszyscy powinniśmy pracować dla dobra miasta i jego mieszkańców, a mam wrażenie, że rada tej kadencji pracuje zgodnie z włoskim przysłowiem: „ Ognum per se e Dio per tutti” (Każdy dla siebie, a Bóg dla wszystkich).

Presets
BG Color
BG Patterns
Accent Color
Apply