Ostatnio na forum

Dzisiaj 04:06
Poszukuję numizmatyków do współpracy. Witam wszystkich mieszkańców Kańczugi i okolic, poszukuję sklepów numizmatycznych i numizmatyków do współpracy. Zainteresowanych proszę o kontakt pod adresem biuro(proszę wstawić znak @)moneka.pl pozdrawiam
20 Sie 2014 13:45
Pfizer Patent Lisinopril Amoxicillin For Sinus Infection During Pregnancy 24/7 customer support - Order Levaquin. Thanks for visiting the internet go shopping! Trusted local pharmacy unobtrusive shipping high quality confidence. Metformin Erectile Dysfunction Diabetes buy oxycodone...
07 Sie 2014 20:21
blaszak do wynajecia jaka cena miesieczna za wynajecie garazu blaszanego w kanczudze
07 Lip 2014 13:51
Szukam auta do ślubu Dzień dobry, poszukuję auta do ślubu, dlatego proszę wszystkich forumowiczów o pomoc:) znacie może kogoś, kto ma auto do wynajęcia? Proszę o informacje Piotrek
28 Maj 2014 18:48
Siedleczka Witam kupię pole koło zbiornika w Siedleczce 669310576
21 Maj 2014 12:16
ORIFLAME - nowa oferta, nowe możliwości! Szukasz pracy dodatkowej, chcesz dorobić do pensji? Już dziś zostań Konsultantką(em) firmy Oriflame. Dołacz do Nas i Zarabiaj na sprzedaży kosmetyków,kupuj kosmetyki dla siebie taniej. Możesz dorobić sobie do pensji, stypendium, kieszonkowego,...

Najnowsze ogłoszenia

Artykuły

Lato w Kańczudze

Ocena użytkowników:  / 5

W pięknej, kwitnącej wiośnie, Kańczuga lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku nabiera świeżego, ładnego wyglądu. Kwitnące sady na posesjach i barwna zieleń dodaje miastu świeżości. Piękne są wysmukłe włoskie topole, rosnące na skarpie ulicy przy bursie szkolnej. Na tzw. plantach i wokół rynku rosną lipy. W dużym ogrodzie przy Kościele, jak też i wokół świątyni jest dużo różnych olbrzymich drzew z przewagą lip. Podobne rosną przy Cerkwi. Przy ulicy Kolejowej począwszy od domu Jacka Wołoszyńskiego, aż do mostu na rzece Mleczce, jest piękna aleja kasztanowa, z ławkami przy ogrodzeniu sadu p. Sawickiej. W majowe wieczory słychać wesołe śpiewy młodzieży na randkowych spotkaniach.

Zaczynają się pierwsze pokosy traw. Żeby zarobić parę groszy, chodzę z kolegami do przewracania suszonej trawy na blichu. Wkrótce wozy drabiniaste pełne siana, będą zwozić je do stodół znajdujących się na parcelach bocznych ulic miasta. Z tyłu bursy jest duży plac, na którym rozgrywamy mecze piłki nożnej. Jedna z bramek jest na wprost domu p. Pokrzywy, mającego piekarnię i sklep z pieczywem. Uderzenia piłką w okna są powodem przepędzania nas z placu. Po kilku latach Gminna Spółdzielnia S CH, postawiła tu duży budynek z restauracją "Podkarpacka". W trudnych ekonomicznie latach transformacji ustrojowej właścicielem restauracji zostanie Szczepan Zawada. Mieszkam na ulicy Węgierskiej.

Mama, żeby poprawić ubogi budżet domowy, zatrudnia się jako woźna w pobliskim Urzędzie Gminnym. Ponieważ dni wiosenne są jeszcze chłodne, Mama od wczesnych godzin porannych pali w piecach kaflowych. Po lekcjach pomagam przy noszeniu opału. W piwnicy jest dużo makulatury, w której są koperty ze znaczkami. Do zbierania znaczków zachęcił mnie Staszek Machniewicz, chwaląc się klaserem starszego brata. Zastanawiam się nad nazwami miejscowości na pieczęciach znaczków. Są to: Równe, Borysław, Kołomyja, Drohobycz, Lwów. Dla nas młodych, zagadnienia ziem Kresowych były nieznane. Ziemie te zostały zajęte przez ZSRR 17 września 1939 roku. W wyniku działań wojennych, w 1941r zostają zajęte przez wojska niemieckie. Zwycięstwa Armii Czerwonej powodują powtórne zajęcie tych ziem w 1944r. W szkole i w domu nikt nam o tym nie mówił. O tym dowiedziałem się znacznie później. Szczególnym dla mnie dowodem aneksji tych ziem, były losy rodziny mojego kolegi Wieśka Szumierza. Musieli oni uciekać przed nacjonalistami ukraińskimi. Z okolic Lwowa przybyli do Kańczugi. Teraz kojarzyłem nazwy miejscowości znaczków pocztowych z tym, że Kańczuga była przecież w granicach województwa lwowskiego. Podobnie jak Wiesiek, kolega Michał Kowalczykowski uciekał z rodzicami z Bieszczad. Strach przed krwawymi represjami band UPA / tak nazywano oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii/, w stosunku do narodowości polskiej, zmusił ich do opuszczenia domu rodzinnego. Michał zamieszkał w Kańczudze przy ulicy Sawickiego, w małym drewnianym domku z tyłu tzw. rabinówki. Ojciec Michała podobnie jak mój był szewcem. Żyli bardzo biednie. Często brakowało chleba. Ojciec Józka Łasa pomagał nam uzupełniać jego brak. Pracował w piekarni G.S. na ulicy Kościuszki. Odłamywane przez niego wypryski z chleba /tzw. kalafiory/, powstające w czasie wypieku, odkładał do worka. Z Józkiem zabieraliśmy je co jakiś czas do domu. Dzieliliśmy się nimi z Michałem. Takie kawałki twardego chleba, maczane w ciepłym kozim mleku uzupełniały braki pożywienia. Dotyczyło to głównie tzw. przednówku, późnego okresu wiosennego, kiedy kończyły się zapasy mąki.

Dni są coraz cieplejsze. W pierwszych dniach maja, z kolegami; Józkiem, Michałem, Tadkiem Dytrychem, Witkiem Cieleniem i Ryśkiem Lewkowiczem spotykamy się wieczorami przy remizie strażackiej. Na gwiaździstym niebie oglądamy nieznane nam zjawisko astronomiczne. Wśród gwiazd widać długie świecące pasmo, zwężające się w kierunku południowym. Później dowiedziałem się, że była to kometa Arenda-Rolanda, nieokresowa, jednopojawieniowa.

Jednego roku pod koniec maja, wracając ze szkoły zobaczyłem kolumnę samochodów wojskowych ciągnących armaty artyleryjskie. Przy remizie żołnierze zajmują stanowisko działka p/panc. do osłony kolumny. Okazało się, że był to ćwiczący 24 Pułk Artylerii Lekkiej z Jarosławia. Przed wybuchem wojny pułk ten rozpoczął mobilizację w dniu 27 sierpnia 1939 roku. Do macierzystej 24 Dywizji Piechoty dołączył 6 września w rejonie Dębicy. Jednak bez drugiego dywizjonu. Ten z powodu strat podczas bombardowania w trakcie załadunku na stacji kolejowej w Jarosławiu, wobec trudności transportowych, po uzupełnieniu stanów, maszerował w kierunku zachodnim. W dniu 9 września w rejonie Kańczugi został ponownie rozbity, tym razem przez 4 dywizję niemiecką. Wiele razy będąc w parku żuklińskim, w jego górnej części oglądałem głębokie leje po pociskach artyleryjskich. Według relacji wujka Zenona Hajnosza, żołnierza kampanii wrześniowej, poległy w tej walce żołnierz spoczywa na naszym cmentarzu. Mieszkająca w sąsiedztwie rodzina Ryśka Lewkowicza, przeprowadziła się z ulicy Węgierskiej na ul. Kolejową, do budynku za Domem Strażaka. Została ona ciężko doświadczona stratą ojca Antoniego, który zmarł w Kościele na atak serca, w odpustowy dzień św. Michała w 1947r. Pani Stanisława z trójką małych dzieci, Ryśkiem, Krysią i Witkiem w niewyobrażalny sposób, w ciężkich latach powojennych dawała radę utrzymać rodzinę. Proste usługi krawieckie dawały marne korzyści.

Lato coraz bliżej. Po zakończeniu roku szkolnego często jesteśmy nad rzeką. Rodzice zabraniają się kąpać przed św. Janem 24 czerwca. Naprzeciw domu Ryśka, za zwężającym się błoniem było kąpielisko z wodą do pasa. Cały lewy brzeg rzeki, od mostu do ul. Zakościelnej był całkowicie wolny od zarośli, które w zarodku niszczyły pasące się krowy. Natomiast drugi brzeg był aż do blichu gęsto porośnięty łoziną i krzewami jeżyny. Jeszcze nie umiejący pływać chłopcy; Rysiek, Kazio Sikora, Jacek Wołoszyński, Tadek Sopel i ja chętnie byliśmy nad rzeką. Przychodziły tu, mieszkające na ul. Kolejowej piękne dziewczyny; Iza Szymkiewicz, Marysia Sikora, Krysia Lewkowicz, Marysia Wierzbicka, Basia Muzyczka, Stasia Soplowa, Danusia Skowronek. Gdy umiemy już jako tako pływać, to zmieniamy kąpielisko na bardziej dogodne i całkowicie nasłonecznione. Jest ono na zakolu rzeki przy blichu, za przegradzającą jej koryto, częścią ramy podwozia jakiegoś wojennego pojazdu. Miejsce to nazywano plażą "u Cygana." Zapewne dlatego, że obozujący na błoniu Cyganie poili tu konie, ze względu na łatwy dostęp do wody. Każdego lata kilka wozów cygańskich tworzyło na błoniu swoisty tabor. Rozłożony był w pobliżu ogrodzenia posesji p. Wołoszyńskich, w cieniu rosnących tu wysokich drzew. W ciepłe wieczory, przy wesołej muzyce, wokół palącego się ogniska tańczą w ładnych ubiorach bardzo ładne Cyganki.

Któregoś lata w obozowisku doszło do tragicznego wypadku. Zginął, uderzony kopytem końskim mały Cyganek. Cyganie zajmowali się kotlarstwem. Cynowali kotły, konwie i różne metalowe naczynia. Z ciekawością oglądałem jak przy piekarni p. Pokrzywy cynowali duże dzieże na ciasto i haki z pobliskiej masarni. Ocynowane, wyglądały jak nowe. Do wytrawiania pordzewiałych przedmiotów używano kwasu solnego. Praca w oparach kwasu była zapewne bardzo szkodliwa dla zdrowia. Całe wakacyjne lato większość chłopców spędza nad rzeką. Ponieważ chodzimy boso, a do plaży trzeba przejść przez błonie, to często jesteśmy żądleni przez pszczoły zbierające nektar z niskiej, białej koniczyny. Jest to dla nas dodatkową, uodporniającą przygodą. Nie pomnę wszystkich kąpiących się. Często spotykanymi byli; Jacek Wołoszyński, Rysiek Lewkowicz, Tadek Sopel, Kazio Sikora, Emil Tonia, Adam Przewrocki, Andrzej i Rysiek Bieleccy, Janek Świstek, Leszek Penc, Józek Osiniak, Zdzisio Szymczakiewicz, Andrzej Kłos, Adam Kłos, Michał Kowalczykowski, Roman Gorlach, Henio Wójcik, Henio i Rysiek Kędzior, Andrzej Pokrzywa. Waldek Lewkowicz. Dla starszych od nas chłopców nasza plaża jest za płytka. Są to; Władek Barszczak, Tadek Dytrych, Wiktor Feledziak, Henryk Cieleń, Ryszard Cwykiel, Józek Gorlach. Powyżej, gdzie rzeka ma dość stromy brzeg, robią kąpielisko dla dobrze umiejących pływać. Aby spiętrzyć wodę, wycinają rydlami równe płaty darniny, które my donosimy dla budujących tamę. Kiedy woda przelewa się przez wysoką tamę, kąpielisko jest gotowe. Woda jest głęboka, kryjąca skaczącego "z rękami." Można skakać na tzw."główkę." Dla nas kąpielisko jest niebezpieczne. Po paru dniach trzeba je znowu poprawiać, ponieważ woda rozmywa nie dość szeroką tamę. Ponownie jesteśmy sztafetą donoszącą darninę. Te czynności są wielokrotnie powtarzane. W niedziele i święta rodzice zabraniają nam kąpieli. Musimy uczestniczyć w mszach św. W soboty do Kościoła przyjeżdżają z okolicznych wsi konne orszaki weselne. Z kolegami robimy tzw. szlabany. Ustrojony wstążkami sznur przegradza drogę. Dostajemy cukierki i ciastka. Dorośli za to samo dostają bimber z zakąską.

Często wychodzę wcześnie rano z dusznego mieszkania. Siadam na schodach przy głównym wejściu /później zamurowanym/. Wschodzące słońce z za góry "Żuklińskiej" mocno zaczyna przygrzewać. Kiedy zbliża się godzina szósta, z dwu dużych tub głośników, umieszczonych na słupie przy narożniku "plant", rozlegają się takty gimnastyki porannej. W domach mamy głośniki, tzw. "kołchoźniki", nadające tylko program pierwszy, w godzinach od piątej rano do północy. Zdarzyło się, że przez jakiś czas w sieć "kołchoźników" włączał się w godzinach popołudniowych kańczucki radiowęzeł, z siedzibą na piętrze remizy strażackiej. Nadawano wiadomości z miasta i okolic, przy muzyce kapeli rodziny Kaniuchów z Kańczugi i Pudełków z Siedleczki. Ponieważ nie ma jeszcze dzwonnicy, kościelny dzwoni tzw. sygnaturką. Jest to dzwon na szczycie wieży uruchamiany skórzanym pasem. Zaczepiony pas do środkowej ławki, przechodzi przez otwór w stropie świątyni i przez środek wieży łączy się z dzwonem.

Przez krzyżówkę przy zniszczonej Synagodze pędzone są krowy z przedmieścia w kierunku błonia. Robotnicy pracują na drodze, podobnej bardziej do średniowiecznego traktu węgierskiego, niż do miejskiej ulicy. Traktory z przyczepami przywożą kamień-tłuczeń. Rozsypywany z piaskiem, ubija duży walec. Ubitą powierzchnię polewa się gorącą smołą. Okopcony i czarny od smoły operator, jest podobny do postaci z piekielnych obrazów.

Ogłoszenia informują o przyjeździe cyrku. Z radością obserwujemy rozbijanie dużego namiotu na trawniku między szczytem budynku milicji a budynkiem przy głównej krzyżówce ulic. Całe zaplecze z przyczepami i zwierzętami jest na małym rynku. Namiot mocowany jest długimi odciągami. Przy wbijaniu jednej z ostróg między kamienie bruku /w miejscu dzisiejszego pawilonu AGD/, powstał duży otwór, z częściowo widoczną pochylnią w stronę dużego rynku. Starsi chłopcy mieli chęć sprawdzić dokąd ona prowadzi. Dopiero zawsze odważny Władek Barszczak, za obiecane pęto kiełbasy i bułki, wszedł do lochu. Z latarką oddala się po pochylni. Szybko jednak wraca twierdząc, że dalej nie mógł iść, bo brak powietrza. Dla bezpieczeństwa, otwór zostaje wkrótce zasypany. Dużo radosnych wrażeń dają nam artyści cyrkowi. Z żalem żegnamy odjeżdżające wozy cyrkowe po ich tygodniowym pobycie. Po niedługim czasie znowu będzie wesoło. W drodze do Kańczugi jest "Wesołe Miasteczko". Po przyjeździe, na dużym rynku rozbijane są przy przyczepach namioty do różnego rodzaju sprawnościowych i zabawowych konkurencji, zarówno dla dzieci jak i dla osób starszych. Duże powodzenie ma kręcąca się karuzela, z siodełkami na długich łańcuchach, zataczających w sporym pędzie duże okręgi. Wieczorem migające kolorowe światła, wesołe głosy młodzieży, piszczące ze strachu dziewczyny na karuzeli, dostarczają niezapomnianych wrażeń.

Mija połowa wakacji. W gorące dni w okolicy zdarzają się pożary, zarówno w gospodarstwach wiejskich jak też na polach, z suchym stojącym na pniu zbożem. Któregoś dnia na głos syreny uruchamianej korbą przez mieszkającego nad remizą ciągle "dyżurnego" strażaka /zwanego potocznie"Siulkiem"/, biegnę z Ojcem do remizy. Strażacy wypychają z remizy duży wóz. Ma on po bokach zaczepione grube węże ssawne, z tyłu na bębnach węże sieciowe a w środku zamocowaną motopompę. Przez rynek, stajenny i zarazem woźnica prowadzi parę koni magistrackich, utrzymywanych w boksach z tyłu magistratu. Zaprzęg jest gotowy. Strażacy zajmują miejsca na stałych siedziskach. Na głowach żółte hełmy, przy bokach toporki. Komendant, "Lolek" Szymczakiewicz wydaje komendę do odjazdu. Przy ciągłym głosie syreny, wóz rusza w dół ulicy Węgierskiej i ginie z oczu na zakręcie za domem p. Szafrana. Drugi miesiąc wakacji i okres jesienny jest nie mniej ciekawy. Ale o tym to już przy następnym spotkaniu.

Eugeniusz Sochacki

Pająk

Ocena użytkowników:  / 5

Druga Wojna Światowa jest w odwrocie. 26 lipca 1944 roku Kańczuga zostaje wyzwolona z okupacji hitlerowskiej przez wojska radzieckie. Życie w mieście pomimo szeregu trudności zaczyna powoli się odradzać. Zaczęło funkcjonować szkolnictwo podstawowe, zawodowe i średnie ogólnokształcące. W 1949 roku razem z wieloma rówieśnikami rozpoczynam naukę w szkole podstawowej. Ogólna bieda i niedostatek wszystkiego, nauka przy lampach naftowych, brak jakiejkolwiek rozrywki, zmuszały nas do szukania różnego rodzaju form zabawy. W ostatnich latach szkolnych zaczynają się tworzyć rywalizujące ze sobą grupy chłopców. Jedna z miasta górnego, druga z dolnego o zasięgu od apteki Tokarzewskich aż do stacji kolejowej. Już od wczesnych dni wiosennych bezpośrednio po lekcjach idziemy grupami na plac przy Cerkwi, w której do niedawna znajdował się magazyn Gminnej Spółdzielni Samopomocy Chłopskiej. Na placu od strony ulicy rozgrywamy mecze piłki nożnej. Często dochodzi między grupami do spornych zdarzeń. Chęć dominacji jak i też spór o dziewczyny jest powodem bijatyk. Pewnego razu któryś z chłopców z „dołu”, zapewne na wzór „Chłopców z Placu Broni” Ferenca Molnara, wymyślił walkę na kamienie. W porównaniu z walką chłopców na placu drzewnym, pociskami z piasku, sklejonych miodem, nasza walka będzie o wiele niebezpieczniejsza. Ustalamy, że kamienie nie mogą być duże. Walka ma być wewnątrz Cerkwi.

W ustalony dzień obie grupy zajmują stanowiska. Nasza grupa zajmuje galerię nad wejściem głównym. Chłopcy z „dołu” po przeciwległej stronie, przy wejściu od ogrodów. Kieszenie pełne kamieni. Na dany sygnał zaczyna się walka. Przed kamieniami tych z dołu osłania nas szeroka drewniana balustrada. Przeciwnicy są ukryci za występami filarowymi ścian bocznych. W pewnym momencie zakołysał się wiszący bliżej galerii świecznik, zwany potocznie pająkiem. Trafiony kamieniem, osłabiony żarem świec sznur zaczął się strzępić. Walka trwa...

Na dużym placu przy ulicy Węgierskiej, między Urzędem Gminy a domem w którym mieszka rodzina Lewkowiczów, dzieje się coś dziwnego. Przez plac ów wiele razy przechodziłem na skróty do kolegów - Józka Łasa i Michała Kowalczykowskiego. Teraz na placu, blisko budynku gospodarczego Chromika, jacyś ludzie kopią doły, z których wydobywają szczątki ludzkie. Z Ryśkiem Lewkowiczem i Staszkiem Machniewiczem obserwujemy wykonywane prace z daleka, odpędzani przez kierowcę samochodu, na który robotnicy ładują drewniane skrzynie. W mokrej jeszcze wiosennej ziemi samochód o bardzo brzydkiej kanciatej masce i z charakterystycznie wyjącym silnikiem, grzęznąc w ziemi, odjeżdża z placu. Ten odgłos silnika zamyka tą trwożną scenerię. Musiałem poznać tajemnicę tego placu.

Z relacji rodziców dowiedziałem się, że byliśmy świadkami ekshumacji zwłok Żydów, zamordowanych w sierpniu 1942 r. Mama będąc tylko ze mną, dopiero co urodzonym w opuszczonej kamienicy, bardzo blisko placu, słysząc w nocy jęki ludzkie i strzały karabinowe, przeżywała koszmar tej nocy. Ojciec będąc w straży pożarnej, na zarządzenie okupanta pełnił służbę w tzw. nocnych patrolach pożarowych. Po kilku latach od ekshumacji, pobliscy mieszkańcy zaczęli nieśmiało zagospodarowywać część placu od strony ul. Węgierskiej. Pozostała część była jeszcze na długo opuszczona. Któregoś lata wracałem do domu od kolegi Józka Łasa i z przerażeniem zobaczyłem, że przy „stodole,” bo tak nazywaliśmy budynek gospodarczy Chromika, na placu po ekshumacyjnym rosną krzewy pomidorów. Na ziemi przesiąkniętej ludzką krwią, lśniły w letnim słońcu czerwone pomidory. Brak było mądrego do postawienia w tym miejscu choćby dużego kamienia z tabliczką, i posadzenia kilku drzewek pamięci. Należy tu przypomnieć słowa Kardynała S. Wyszyńskiego - „gdy gaśnie pamięć ludzka, dalej mówią kamienie.”

Na ul. Węgierskiej mieszkałem do końca szkoły podstawowej. W dość dużym pomieszczeniu było sześć osób, Ojciec Franciszek, Mama Zofia, siostry-Irena i Maria, brat Józef i ja.   Obok drzwi Ojciec urządził warsztat szewski. W rozmowach ze znajomymi, przynoszącymi buty do naprawy, często mówiono o zagładzie Żydów kańczuckich. W 1939r. na ogólną ilość 2.345 mieszkańców miasta, było 964 wyznawców mojżeszowych, 813 katolików i 568 grekokatolików. W pamiętnym 1942r. hitlerowcy zebrali w niedokończonej Synagodze bardzo dużo Żydów. Stąd w kolumnie, przy eskorcie trzech żandarmów ruszyli w dół ulicy Węgierskiej. Moi rodzice na strychu kamienicy, przez małe okienka /później zamurowane/ w wielkim strachu widzieli idących ludzi. Słychać głosy lamentu i modlitwy. Mama opowiada jak w kolumnie zaczęło głośno płakać dziecko, niesione przez mamę. Żandarm niemiecki uderza kolbą karabinu. Płacz cichnie. Słychać tylko szloch i zawodzenie. Idący ludzie nie mogą przypuszczać, że idą drogą śmierci, aż do granicy wsi Siedleczka, gdzie znajduje się kirkut. Tam też oprawcy hitlerowcy kończą drogę życia setek niewinnych ludzi. W prowadzonych rozmowach przy warsztacie szewskim Ojca, było niezrozumiałym to, że Żydzi bez oporu dali się prowadzić jak owce na rzeź. Było to stwierdzenie wielce niesprawiedliwe. Ci ludzie nie mieli znikąd żadnej pomocy. W przeważającej większości była to biedota, taka sama jak reszta mieszkańców. W okupowanej Polsce za ratowanie Żydów automatycznie groziła kara śmierci, a gdzie indziej tylko więzienie. Lęk paraliżował działania pomocowe.

Wielu nie wiedziało na czym polegała ideologia faszystowska, wyższości rasy germańskiej nadludzi, nad innymi rasami-podludzi. Tłumaczyli oni na swój sposób, że Żydzi ponoszą winę za ukrzyżowanie Jezusa. Kto mógł w 1941r przypuszczać, że istnieją komory gazowe. Holocaust był poza wyobrażeniem. Nieliczni Żydzi, przewidując zły koniec, ratowali się ucieczką na wschód. W rozmowie z Ojcem, kupującym od nich skóry na buty mówili: „my pójdziemy pierwsi a wy za nami.” Byłyby to prorocze słowa, gdyby nie zmienne losy wojny. Idący ul. Węgierską Żydzi nie dopuszczali myśli o tragicznym końcu swej drogi. Tak jak Korczak idąc na śmierć ze swoimi dziećmi, nie wiedział co go czeka. Kiedy warszawiacy po powstaniu wychodzili z miasta, też mogli uciekać, ale prawie nikt tego nie robił. Zmęczenie i wyczerpanie, lęk przed represjami, powodowało to, że ci ludzie szli przed siebie. Była to ludzka bezsilność. Żeby to zrozumieć, trzeba by było wejść w psychologiczny kontekst takich sytuacji. Jest to chyba niemożliwe. Trzeba było wiedzieć, że ginęli Żydzi-obywatele Rzeczpospolitej. Nie byli to Żydzi z małego miasteczka, ale mieszkańcy tego miasta, którzy tak jak pozostali budowali jego tożsamość. Ich historia to nasza wspólna historia. Cierpieli Żydzi, Słowianie, Cyganie. Byłoby niemądrym spierać się, czy matka Żydówka cierpi bardziej niż matka Cyganka, gdy zabijają jej dziecko. Żal matki po stracie dziecka, przeżywałem z rodzicami we wszystkie wieczory Wigilijne Świąt Bożego Narodzenia. Wspomnienia Mamy o smutnej Wigilii okupacyjnego, mroźnego 1941r , wyciskały łzy w oczach. W ów dzień zmarł mój trzymiesięczny brat Henio. W tych trudnych warunkach bytowania, braku leków, pomimo starań doktora Sawickiego, nie dało się uratować dziecka z zapaleniem płuc. Choinka, a pod nią biała trumienka. Obraz ten, przez wiele lat tkwiący we mnie, z upływem lat zaczął się oddalać. Powrócił po trzydziestu dwu latach, kiedy z żoną Alicją straciliśmy zmarłego syna Bartka. Los nie był nam łaskawy.

Lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku dla młodych chłopców i dziewczyn, stają się co roku weselsze. Koniec kwietnia był okresem przygotowań do obchodów Święta Pracy 1Maja. W szkole robiliśmy papierowe chorągiewki biało-czerwone i czerwone. Z białego papieru wycinaliśmy „gołębie pokoju”, do przyklejania na szybach okien wzdłuż trasy pochodu pierwszomajowego. Opiekunka klasy, nauczycielka języka rosyjskiego, p. Władysława Szumierz organizowała nam po lekcjach wieczornice. Na pianinie grał różne melodie jej syn Zbigniew. Trasy pochodów co roku zmieniały się. Kończyły się po przejściu przed trybuną, zrobioną z przyczepy traktorowej, ustawionej naprzeciw posterunku milicji. W godzinach popołudniowych i wieczornych odbywały się zabawy-festyny przy Domu Strażaka, na dawnej ul. Kolejowej. Na placu zrobiony był duży podest do tańczenia wraz z miejscem dla kapeli. Do tańca grała kapela rodziny Kaniuchów. W budynku bufet „obficie” zaopatrzony. Podobne zabawy organizowane były w parku w Żuklinie.

Dzień 3Maja był tylko obchodzony w uroczystych mszach kościelnych. W maju odbywają się uroczyste Komunie Św. W jednej uczestniczy biskup przemyski. Przy kaplicy Kellermanów przesiada się do ustrojonej bryczki z asystą konną. Na czele jedzie na koniu Tadeusz Feledziak, ułan 10 Pułku Strzelców Konnych w Łańcucie. Trąbką sygnałówką oznajmia zbliżanie się orszaku do Kościoła. Po Komunii dzieci idą do budynku, w którym w tzw. sali parafialnej odbywa się poczęstunek ciastem i herbatą.

W maju w zależności od pogody i wielkości trawy na błoniu, zaczyna się wypas krów z całego miasta. Ulicami, Szkolną, Sawickiego, Słowackiego duże ilości krów idą w kierunku błonia, zaczynając od wczesnych godzin porannych. Pod wieczór wracają tą samą drogą. Początkowo pilnowane, po paru dniach idą już same. Na błoniu pilnowane są przez dozorcę p. Słoninę. Mając do pomocy psa „strzela” długim batem, utrzymując stado w podzielonych miejscach wypasu, zaczynając od mostu aż do blichu. Przeważająca ilość mieszkańców utrzymywała się z drobnych gospodarstw rolnych. Sprzyjała temu lokacja miasta na prawie magdeburskim. Działki do zabudowy miały wielkość wystarczającą na dom jak też na postawienie obory i stodoły.

Część mieszkańców to rzemieślnicy; szewcy, krawcy, rzeźnicy, stolarze, murarze, fryzjerzy, kowale, kuśnierze. W Spółdzielni Metalowiec mającej warsztaty w kilku miejscach, pracują ślusarze i spawacze. Niektórzy mieszkańcy pracują w cukrowni w Przeworsku. Dojeżdżają do pracy kolejką wąskotorową tzw. „ciuchcią”. Gwizd lokomotywy ok. godziny czwartej i szóstej rano był dla wielu mieszkańców rannym zegarem. Ok. godz. piątej po południu chodziłem z kolegami na stację. Mijały się tu dwa pociągi jadące z Przeworska i Dynowa. Buchające dymem i syczącą parą parowozy uzupełniają wodę w kotłach specjalnym urządzeniem wlewowym. Naczelnik stacji, p. Burdzy w mundurze z czerwoną czapką, tzw.”lizakiem” daje sygnał do odjazdu. Pociągi odjeżdżają w przeciwne strony. Na stacji mieszkają ładne dziewczyny, Krysia Burdzy i Krysia Pokrzywa. Obie razem z bratem Krysi Pokrzywy - Andrzejem, uczą się w tej samej klasie co ja. Mają tak samo jak uczniowie z Żuklina daleko do szkoły. Z utęsknieniem czekamy na wakacje. Wreszcie koniec roku szkolnego. Ze świadectwami w ręku i z piosenką „niech żyją wakacje...” zaczynamy dwumiesięczną kanikułę.

Ogłoszenia informują o przyjeździe kina objazdowego. Na placu przed Domem Strażaka, między lipami zawieszony jest duży biały ekran. Po zapadnięciu zmroku rozpoczyna się wyświetlanie filmu. Ponieważ brak jest napięcia 220V, za budynkiem pracuje agregat prądotwórczy. Na samochodzie marki „Lublin”, z zabudowaną skrzynią ładunkową, znajdują się dwie tuby głośników. Sceneria filmowa jak w późniejszej „Historii kina w Popielawach.” Z czasem w tym miejscu powstaje stałe kino „Piast.” Kierownikiem kina jest p. Helena Pelc, operatorem p. Siupik a bileterem p. Bułaś. Na widowni stoją dwa rzędy drewnianych długich ławek z oparciem. Ekran zawieszony jest na kurtynie sceny. Oglądam często filmy, ponieważ dostaję od pani kierownik bilety pracownicze, za wypisywanie miesięcznych terminarzy projekcji filmów, umieszczanych w tablicy kina w centrum miasta. W Domu Strażaka” wystawiane są też sztuki teatralne, których organizatorem, reżyserem jak i też aktorem, jest p. Szymkiewicz. Jest on też jedynym rzeźbiarzem figur z alabastru o tematyce sakralnej, z przeznaczeniem dla Kościołów i na cmentarze.

Cerkiew. Echo uderzających kamieni wypełnia jej wnętrze. Walczące grupy chłopców są bez strat. Jedynie Tadek Sopel ma otartą kamieniem kość policzkową. W pewnej chwili naderwany sznur pająka, powtórnie trafiony pęka. Prostej, kolistej konstrukcji metalowy pająk spada, uderzając z trzaskiem o posadzkę. Rozlatują się kawałki wosku z niedopalonych świec. Patrzą na to ze ścian Ikony Świętych. Opuszczona Świątynia, w której przez setki lat głos modlących się ludzi wypełniał jej całą przestrzeń, teraz stała się miejscem porachunku młodych barbarzyńców. Zapada cisza. Ktoś z „dołu” wytacza przez boczną furtę kolisty świecznik. Pchnięty, toczy się w kierunku skarpy nad ulicą. Z drugiej strony ulicy, od cukierni p. Kota słychać głośny, karcący głos. Wybiegamy z Cerkwi, i przez ogród p. Ślipków jesteśmy na ul. Kościuszki. Tam obie grupy rozbiegają się w przeciwnych kierunkach. Szkoda, że jeszcze wtedy nie znaliśmy poezji Adama Asnyka. Jego wiersz „Do Młodych,” w jednej z jego strof uczy nas właściwego postępowania, słowami: „Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy. Choć macie sami doskonalsze wznieść. Na nich się jeszcze święty ogień żarzy I miłość ludzka stoi tam na straży. I wy winniście im cześć".

Sochacki Eugeniusz

Co mi powiecie o Ksiedzu z Siedleczki Jaremie

Ocena użytkowników:  / 4
CO jestescie w stanie  powiedziec o Ks Jaremie co to było ostatnio z pogrzebem Romana Mroczki >>

BURMISTRZ KAŃCZUGI

Ocena użytkowników:  / 2
Proszę o zgłoszenie się  osób pokrzywdzonych przez burmistrza  Jacka sołka NA FORUM INTERNETOWYM  TEGO BEZPRAWIA JUŻ DOŚĆ ,CHCĘ ZROBIĆ GRUPĘ DO WZAJEMNEGO WSPIERANIA SIĘ ORAZ WYMIANY INFORMACJI

Urzędniczy absurd! Rozbiorą ludziom drogę, bo nie ma jej w planach

Ocena użytkowników:  / 0

Urzędniczy absurd w Przeworsku. Rozbiorą ludziom drogę, bo nie ma jej w planach. Foto: fakt.plOnet opublikował artykuł o Przeworsku. Zawiera informację iż mieszkańcy jednej z ulic w Przeworsku stracą jedyny dojazd do swojego bloku. Po 12 latach urzędnicy odkryli, że droga osiedlowa jest samowolką budowlaną

To jakaś paranoja – Chcą nam zburzyć dobrą, asfaltową, drogę, żeby... wybudować tutaj nową – łapią się za głowy mieszkańcy bloku przy ul. Dworcowej 8 w Przeworsku na Podkarpaciu. Niedługo stracą swój jedyny dojazd do domów, bo właśnie tak każą urzędnicy, którzy nagle odkryli, że istniejąca 12 lat droga jest budowlaną samowolką.

Zgodnie z decyzją Wojewódzki Inspektora Nadzoru Budowlanego droga musi zniknąć do końca października. Inaczej spółdzielnia zapłaci 15 tys. zł kary, a do tego będzie musiała pokryć koszty rozbiórki, które urzędnicy zlecą komuś innemu.

Mieszkańcy są załamani, bo stracą jedyny dojazd, który prowadzi do ich bloku. – Nawet sobie tego nie wyobrażam. Przecież nie tylko dla nas będzie to uciążliwe. Nie dotrze karetka, ani straż pożarna. Najgorsze, że nikogo to nie interesuje – mówi Janusz Czerwiński, jeden z lokatorów.

Droga prowadząca do bloku powstała razem z budynkiem. Było to 12 lat temu. Spółdzielnia twierdzi, że na wszystko miała pozwolenia. Dopiero po kilku latach ktoś doszukał się błędu. Okazało się, że kiedy drogowcy wylewali asfaltowy dywanik zmienił się miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego.

W nowym planie osiedlowej ulicy po prostu nie ma, a zgoda została wydana na podstawie nieaktualnych map. Sprawą zajął się inspektor nadzoru budowlanego, dla którego sprawa jest oczywista. Skoro nie ma drogi na planie, to nie powinno być też jej w terenie. Najciekawsze, że inspektor przyznaje, że po egzekucji wyroku czyli rozbiórce samowolki, może powstać nowa droga, o ile będą pozwolenia.

Miasto aby rozebrać drogę musi wydać 20 tys. zł, a żeby potem wybudować w tym miejscu nową aż 70 tys. zł. A na to pieniędzy nie ma. Mieszkańcy są oburzeni. – Dlatego za urzędnicze błędy muszą płacić zwykli ludzie? – pytają zbulwersowani i zapowiadają, że będą protestować w obronie swojego kawałka asfaltu.

Salon Mody Męskiej MEN’S STYLE

Ocena użytkowników:  / 1

Salon Mody Męskiej MENS STYLE znajdujący się w Galerii Węgierskiej zaprasza na zakupy MEN'S STYLE to najlepszy wybór dla mężczyzn ceniących elegancję, komfort i najwyższą jakość. Najlepsze materiały i ponadczasowe wzory zawsze dostosowane są do obowiązujących trendów w modzie męskiej.

W naszym salonie znaleźć można nie tylko garnitury, ale też spodnie, marynarki i najwyższej jakości dodatki. Ponadto oferujemy koszule charakteryzujące się najwyższą jakością tkanin i dodatków oraz perfekcją wykonania.

Dokładamy wszelkich starań, aby sprostać oczekiwaniom nawet najbardziej wymagających klientów. Zapewniamy miłą i fachową obsługę oraz profesjonalne podejście do potrzeb każdego klienta.

Wielkie otwarcie w Galerii Węgierskiej

Ocena użytkowników:  / 0

14 września, z okazji otwarcia nowego sklepu sieci TIFO w Galerii Węgierskiej, odbędzie się piknik połączony z darmową degustacją produktów z grilla firmy BEMBENEK i pieczywa firmy KORONA. Imprezę poprowadzi DJ RINO.

W Galerii znajdują się już kolejne dwa nowe sklepy. Pierwszy z nich to Men's Style oferujący bardzo dobrej jakości odzież męską. Drugi sklep oferuje m.in. usługi naprawy urządzeń CB Radio i telefonów komórkowych. Znajduje się tam również salonik prasowy.

Sieć sklepów odzieżowych TIFO z okazji otwarcia swego sklepu w Galerii Węgierskiej oferuje bardzo atrakcyjne ceny. Wybrane hity zakupowe znajdują się na ulotce poniżej.

a5 01 09 13 1str

Harmonogram wywozu odpadów dla miasta i gminy Kańczuga

Ocena użytkowników:  / 2

HARMONOGRAM WYWOZU ODPADÓW ZMIESZANYCH I SEGREGOWANYCH Z TERENU GMINY KAŃCZUGA NA ROK 2013

  • Odbiór odpadów komunalnych zmieszanych z zabudowy jednorodzinnej:

Sezon letni (lipiec-wrzesień): 2 razy w m-cu.

Sezon zimowy (październik–grudzień ): 1 raz w m-cu.

  • Odbiór odpadów segregowanych (tj. szkło, papier i tektura, tworzywa sztuczne, wielomateriałowe) z zabudowy jednorodzinnej raz w miesiącu przez cały okres.

Odpady wielkogabarytowe i opony: 16 październik.

Odpady budowlane: 11 września.

Zużyty sprzęt elektryczny i elektroniczny: 18 września.

Biodegradowalne: 23 października.

Popiół 6 września, 4 października, 8 listopada, 6 grudnia.

Metal – zabudowa jednorodzinna 27 września, 20 grudnia.

Punkty selektywnej zbiórki odpadów

Odbiór odpadów segregowanych w ostatni piątek miesiąca w Punktach Selektywnej Zbiórki Odpadów Komunalnych, tj 26 lipca, 30 sierpnia, 27 września, 25 października, 29 listopada, 27 grudnia. Każdy z trzech punktów zbiera innego rodzaju odpady.

PSZOK w Krzeczowice

czynny od 8:00 do 10:00 (ostatni piątek miesiąca).

Przyjmuje: zużyty sprzęt elektryczny, elektroniczny, baterie, akumulatory.

PSZOK w Pantalowicach

czynny od 10:30 do 12:30 (ostatni piątek miesiąca).

Przyjmuje: odpady wielkogabarytowe i opony

PSZOK w Siedleczce

czynny od 13:00 do 15:00 (ostatni piątek miesiąca).

Przyjmuje odpady segregowane: szkło, plastik, metal, makulatura, metal, popiół, wielomateriałowe, odpady budowlane.

Worki i pojemniki należy wystawić w dniu odbioru zgodnie z harmonogramem przed posesją do godz. 7:00.

Pełny harmonogram odbioru odpadów dla poszególnych miejscowości dla kolejnych miesięcy dostępny jest na stronie internetowej ZGK.   Za każdy odebrany napełniony worek danej frakcji odpadów zostanie pozostawiony worek pusty odpowiedniego rodzaju  

Działki ANR na sprzedaż

Ocena użytkowników:  / 0

Oddział Terenowy ANR w Rzeszowie przeprowadzi przetarg na sprzedaż dużej, niezabudowanej działki rolnej  położonej w okolicach ulicy Zielonej w Kańczudze. Przetarg ustny nieograniczony odbędzie się w Sekcji Zamiejscowej Gospodarowania Zasobami w Przemyślu przy Borelowskiego 7 w dniu 25.06.2013 o godzinie 12.45.

Działka 1824 została podzielona na mniejsze działki i są one sprzedawane odrębnie.

Położenie nieruchomości Powierzchnia Cena
wywoławcza
Miasto Kańczuga (15)/ 1824/1 2,3383 ha 44 500,00 zł
Miasto Kańczuga (15)/ 1824/3 8,2640 ha 153 100,00 zł

Warunkiem przystąpienia do przetargu jest wpłacenie wadium w wysokości 10% ceny wywoławczej działki najpóźniej w dniu przetargu na konto ANR lub w kasie SZGS w Przemyślu. Więcej informacji można uzyskać kontaktując się osobiście lub telefonicznie:

Ul. Borelowskiego 7, 37-700 Przemyśl
tel./fax (16) 670-82-66, 670-63-38
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Festyn rekreacyjny w Kańczudze

Ocena użytkowników:  / 0

http://okmigkanczuga.pl/app/webroot/upload/userfiles/image/Plakat_FESTYN_2013_maly.jpg

WIOSNA

Ocena użytkowników:  / 15
WIOSNA Żegnamy kańczucką zimę lat pięćdziesiątych ub.stulecia. Dni stają się dłuższe. Słońce coraz wyżej. Śnieg zaczyna gwałtownie topnieć. Woda z pól powyżej ulicy Wolności zalewa pole i łąkę p.Fudalego, aż po budynek przedszkola ''Caritas''przy ulicy Węgierskiej. Głębokie rowy wzdłóż ulicy i od przepustu w stronę posesji rodziny Fudalich, nie są w stanie odebrać nadmiaru wody. Powstaje rwący strumień płynący wzdłóż ogrodów p. Krupińskich, p.Cieleni, dr Serwina, obok domu p. Bułasia i dalej wyżłobionym przez lata jarem w kierunku domu p. Sasa. Poniżej powstaje duże rozlewisko wodne przelewające się przez ulicę Świerczewskiego do stawu Roguszka, połączonego rowem na końcu ulicy Zakościelnej z rzeką. ''Mleczka''wylewa. Woda płynie między wałami ochronnymi. Łączy się przy cyplu ze stawem ''Szylara''/potoczna nazwa od mieszkającej tam rodziny Szylarów/. Koledzy wpadli na pomysł płynięcia na krze. Wycięliśmy na stawie dużą taflę kry lodowej. Tadek Sopel i Andrzej Maścidło odbijając się tykami od fasoli, wypłynęli na krze ze stawu na rzekę. Płynęli lewą stroną rozlewiska. Jakieś 50m przed mostem ''najechali''na wystające z wody grube pędy łoziny. Kra od środka zaczęła pękać. Ratując się skoczyli po szyję do wody, i z dużym wysiłkiem dotarli do wału. Szybko pobiegli wysuszyć się do Andrzeja Maścidły, którego dom znajduje się w pobliżu. Woda przy blichu dochodzi do pierwszych domów ulicy Zakościelnej. Zostają zalane tereny wokół stawu, tzw. ''Landy''. ''Nietecz'' zalewa łąki od mostu ''sieteskiego''aż do mostu przy cmentarzu. Dalej wartkim i szerokim strumieniem wpada do ''Landy'', podnosząc już i tak wysoki poziom wody. Kańczuga jak dawne grodzisko zostaje z trzech stron zalana wodą. Przez stację kolejową i drewniany most na rzece wracają z zajęć w Liceum Ogólnokształcącym profesorowie i młodzież. Na codzień w suche okresy roku droga do Liceum prowadzi przez środek błonia. Dalej przez tzw.ławę na rzece, tory kolejki i przy domu p. Czekierdy do parku, w którym jest szkoła w dawnym pałacu Kellermanów. Zbliżają się Święta Wielkanocne. Z okolicznych miejscowości na wtorkowy targ przychodzą ludzie sprzedać przetwory mleczne, jajka, wyroby wędliniarskie itp. Z bratem wykopujemy kłącza chrzanu i sprzedajemy je na rynku. Za to kupujemy bułki, a w masarni p.Bujnego plastry kiełbasy. Między dwiema lipami rosnącymi przy prawej krawędzi rynku powyżej studni, rozkłada się z towarem p.Kruczek. Ma różnego rodzaju wyroby z drewna, jak różnej wielkości sita, przetaki, wózki, narzędzia kuchenne, zabawki dla dzieci itp. Sprzedaje też naczynia metalowe i gliniane. Na małym rynku odbywa się handel wozami, końmi, kozami, królikami i kurami. Sprzedaż krów, świń i owiec odbywa się na targowicy, znajdującej się za mostem na ''Nieteczy'' obok dawnego zajazdu przy drodze do Przeworska. Zgodnie z panującym obyczajem ćwiczymy strzelanie z puszek po farbie. Wystarczyło trochę karbidu i wody. Strzelaliśmy z tzw.kluczy, zamocowanych na grubym drucie ze zbijakiem z gwoździa. Kiedy na przedmieściu strzelający chłopiec uległ tragicznemu wypadkowi, rodzice zabronili nam stosowania takich praktyk. W mieście przed wojną i w pierwszych latach okupacji niemieckiej stosowano obrzęd linczu na Judaszu. Ceremoniał odbywał się w Wielki Piątek na rynku miasta. Słomianą kukłę zbitą kijami wieszano na drągu wbitym w ziemię i podpalano. Według relacji mojego ojca, w drugim roku okupacji temu ceremoniałowi przyglądali się patrolujący ulice żandarmi niemieccy. Przywołany przez nich mężczyzna usłyszał, że zamiast kukły mogą im dać Żyda. W wielkim strachu nie dokończywszy ceremoniału wszyscy uczestnicy uciekli. Był to ostatni ceremoniał związany z Judaszem. W niedziele Wielkiego Postu organista p.Najsarek ze swoim wspaniałym głosem, zdolnościami edytorsko-choreograficznymi prowadzi z chórem Mękę Pańską. Wiesiek Szumierz młodzieńczym altem śpiewa treść wiodącą, a wybrani chórzyści wcielają się w różne postacie. Sumy niedzielne celebruje dziekan kańczucki ks.prof.Józef Pęcherek. Według ewangelicznych opisów, Grobu Jezusa pilnowali żołnierze rzymscy, będący również świadkami zmartwychwstania. Stąd też dla zachowania tradycji tego wydarzenia, od wielkopiątkowego wieczoru wartę trzymają strażacy z Ochotniczej Straży Pożarnej. Zmiany warty przygotowywane są w budynku remizy strażackiej, w pomieszczeniach na pierwszym piętrze. Remiza jest naprzeciw synagogi. Pierwsza zmiana w składzie czterech plus prowadzący. Strażacy są w mundurach służbowych. Na głowach błyszczące ''złote'' hełmy z wystającym u góry podłużnym czubem. Przy pasie przypięte toporki. Prowadzi p.Wilhelm Wołoszynski w hełmie ciemnego koloru, z orłem CK monarchii austriackiej cesarza Franciszka Józefa, w skład której wchodziła Galicja. Przy boku paradna szabla. Po przejściu przez miasto i wejściu do kościoła prowadzacy komendą ''Warta-Stój'' zatrzymuje się przed kaplicą z Grobem Jezusa. Po zasalutowaniu szablą pada komenda ''Zmiana-Marsz''. Dwóch strażaków zajmują posterunki, stojąc w postawie zasadniczej naprzeciw siebie. Prowadzący po salucie szablą i komendzie ''W tył-Zwrot'' wyprowadza pozostałych z kościoła. Czas warty, jedna godzina. Pozostałe zmiany będą w składzie 2+1, aż do ostatniej /w składzie jak pierwsza zmiana / pełniącej wartę do rezurekcji w niedzielny poranek. W Wielką Sobotę starsi ode mnie koledzy, Józek Gorlach, Tadek Dytrych i Karol Cieśliński /od zdrobniałego Karolek zwany potocznie-Lolek/, przygotowują kanę dziesięciolitrową do strzelania w czasie procesji rezurekcyjnej. Karol w kuźni u ojca na ulicy 1 Maja wierci otwór w dnie kany, i przygotowuje czop drewniany do wbicia w otwór w miejsce wieka. Nastaje niedzielny poranek. Chłopcy zbierają się przed godziną szóstą przy dębie obok figury Matki Bożej. Kana schowana za drzewem. Przygotowany karbid i woda w butelkach. Do zapalania będzie służył kij z umoczoną w denaturacie szmatką. Zapalając zapałką przy dnie kany, po wystrzale siłą odrzutu mogło by nieźle łupnąć po paluchach. Ludzie zapełniają kościół. Zbliża się w szyku marszowym orkiestra strażacka. W ostatniej trójce maszeruje mój ojciec Franciszek, grający na helikonie, będącym odmianą tuby basowej przełożonej przez plecy. Godzina szósta. Rozpoczyna się msza rezurekcyjna. Ostatnia zmiana strażacka wychodzi z kościoła. Czekamy na procesję. W kościele zabrzmiała zwycięska pieśń zmartwychwstania ''Wesoły nam dziś dzień nastał.'' To pierwsze słowa najwspanialszej pieśni, śpiewanej od setek lat. Chłopcy ustawiają kanę na środku ulicy między murem kościelnym a szczytem domu p Nowickiego. Ja z Józkiem Łasem stoimy w pobliżu poczty. Na zmianę będziemy biegiem dostarczać wystrzelony czop. Milczące dzwony po ciemnej jutrzni w Wielką Środę, zaczynają donośne bicie. Procesja wychodzi z kościoła, i zaczyna zbiżać się do olbrzymiej lipy rosnącej przy murze okalającym plac kościelny. Karol Cieśliński wrzuca do kany kilka kostek karbidu, wlewa trochę wody i wbija czop. Józek Gorlach ustawia kanę poziomo na podpórce i przytrzymuje ją u góry nogą. Tadek Dytrych zapalony lont na końcu kija przystawia do otworu w dnie kany. Potężny wybuch wyrzuca czop na dużą odległość. Widzimy ponad murem wystraszone twarze. Dostarczam biegiem czop na stanowisko ogniowe. Szybka powtórka wszystkich czynności i wystrzał. Teraz Józek biegnie z czopem a ja zajmuję jego miejsce. Zwalniamy tempo strzelania, kiedy procesja przechodzi na drugą stronę kościoła. Kiedy po trzykrotnym okrążeniu kościoła baldachim z monstrancją jest już w kościele, następuje ostatni wystrzał. Wyposzczeni w poprzednich dniach, z radością idziemy do domów na Wielkanocne Śniadanie. Przez całą niedzielę słychać w różnych częściach miasta pojedyńcze odgłosy wystrzałów. Jednak żaden z nich nie równał się z naszą kaną, strzelającą jak wojskowy moździeż. Poniedziałek Wielkanocny to śmigus-dyngus. Z relacji rodziców wcześniej dyngowano /dyng-wykup/,polegającym na wykupie chodzących po dyngusie. Dostawano różne ciasta, kiełbasy, i jajka. Dla nas był tylko śmigus. Oblewanie wodą ma początek w czasach prasłowiańskich. Wierzono w oczyszczającą moc wody. Niejasny jest początek lanego poniedziałku. Niektórzy łączą ten zwyczaj z Jezolimą, gdzie rozmawiających o zmartwychwstaniu Chrystusa Żydzi z okien oblewali wodą głoszących takowe wieści. Inni ów zwyczaj wywodzą od wprowadznia wiary świętej do Polski. Nie mogąc wielkiej liczby ludzi chrzcić pojedyńczo, stojących nad wodą polewano obficie. Kiedy w kościele zaczęto święcić wodę, obrzęd ów utwierdził stary zwyczaj. Chłopcy w różne pojemniki, butelki, małe konewki i pompki do rowerów, nabierają wodę ze studni w rynku. Zaczyna się oblewanie wodą. Szczególnie dostaje się dziewczynom wracającym z kościoła. Nie wzbraniały one polewania, bo nieoblane mogły nie mieć powodzenia u chłopców. To samo robią chłopcy na dole, przy studni u wylotu ulicy Szkolnej. Kolumna studni z uchylną dzwignią jest na linii wodociągu Żuklin-Kańczuga-rynek. Jestem z Tadkiem Dytrychem i kilkoma chłopcami przy studni w rynku. Jeden z nich chcąc polać Tadka butelką z obłupaną szyjką, zahaczył nią o jego wargę. Z mocno krwawiącą raną szybko pobiegliśmy do felczera med. p. Rybaka, mieszkającego w budynku bursy. Tam po zaopatrzeniu Tadka, poszliśmy do domów. Był to dla mnie na długo zapamiętany śmigus. Pamiętajmy w tym czasie o radach Leona Potockiego z 1854 roku: '' Minęły wieki...a to co weszło w zwyczaj, niech zwyczajem zostanie, a to, co było,cośmy od Ojców zasłyszeli, lub sami jeszcze widzieli, przekażmy tym, co po nas przyjdą,; pomni, że gdzie była przeszłość, tam i przyszłość będzie...'' Nie ma już wsród nas kanonierów rezurekcyjnych salw. I tylko grzmoty piorunów przypominają mi o ich nieprzemijającym istnieniu. Eugeniusz Sochacki

[Kanczuga] Galeria Węgierska czynna w niedzielę

Ocena użytkowników:  / 0

W zbliżające się dni weekendowe będziemy mogli robić zakupy w Galerii Węgierskiej również i w niedzielę. W sobotę Galeria czynna będzie od 9:00 do 15:00, a w niedzielę 24. marca od 12:00 do 18:00. Galeria Węgierska organizuje co powiem czas niedziele handlowe. Jedna z nich będzie w najbliższą niedzielę. Klienci odwiedzający Galerię z gazetką ze specjalnymi kuponami dostaną zniżki na towary i usługi nawet do -10% wartości.

http://galeria-wegierska.pl/wp-content/uploads/2013/03/anel.jpg

Galeria wzbogaciła się o dwa nowe stoiska. Kwiaciarnię Kamelia oferującą florystykę ślubną, wiązanki okolicznościowe, rośliny doniczkowe oraz art. dekoracyjne, doniczki i kartki. Drugim ciekawym stoiskiem jest Salon kosmetyczny i Solarium ANEL. Obydwa stoiska oferują rabat -10% po okazaniu ulotki.

Galeria Wegierska posiada swoją stronę internetową, gdzie zamieszczane są informacje o aktualnych wydarzeniach. Jej adres to: www.galeria-wegierska.pl.

Pokój do wynajęcia

Ocena użytkowników:  / 0
Do wynajęcie pokoj w centrum Kanczugi, cena do uzgodnienia. Tel. 609 364 644.

Z I M A

Ocena użytkowników:  / 6
Miasto  Ełk, w którym obecnie mieszkam znajduje się w regionie o zaostrzonym klimacie. Zimy są tu mroźne, śnieżne i długie. Widok zmrożonych drzew, czapy śniegu na świerkach i iskrzący się w oddali las, przywołuje zimowe wspomnienia mojej młodości lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Zimy w Kańczudze były zawsze zgodne z czasokresem kalendarza. Już w czasie  wolnych dni od nauki w okresie Świąt Bożego Narodzenia zaczynaliśmy uprawianie różnych sportów zimowych. Drogi i ulice miasta były ubite przez sanie gospodarzy jadących do miasta z okolicznych miejscowości. Często słyszałem już od wczesnych godzin porannych dźwięczący głos janczarów przy homontach końskich. Ulice nie były posypywane, co ułatwiało jazdę na sankach i łyżwach. Od godzin popołudniowych zaczynaliśmy jazdę sankami od drogowskazu stojącego w środku rozjazdu ul.Świerczewskiego /obecnie J.Piłsudskiego/ przy głównym skrzyżowaniu ulic. Szczególnie były wskazane długie sanki, mogące pomieścić kilka osób. Duże obciążenie dawało dużą prędkość. Przy studni wylewana dla zabawy woda tworzyła na ulicy taflę lodową. Dodawało to jeszcze prędkości jazdy w dół między skarpami zabudowań i Cerkwi. Często dojeżdżaliśmy aż do Ośrodka Zdrowia, znajdującego się  na rogu ul.Szkolnej i ul.Świerczewskiego. W godzinach wieczornych ulice były puste, co dawało bezpieczeństwo jazdy. Jeździli starsi, młodzi chłopcy i dziewczyny. Nie pomnę wszystkich a jedynie niektórych. Oto oni: Waldek Sakowski, Roman Gorlach, Andrzej Michniewicz, Leszek Penc, Józek Łas, Józek Piestrak, Zdzisio Szymczakiewicz, Rysiek Bachnacki, Rysiek Lewkowicz, Jacek Wołoszynski, Emil Tonia, Henio Kędzior, Waldek Lewkowicz, Tadek Sopel, Kazio Sikora, Adam Przewrocki, Janek Świstek. Były też odważne dziewczyny: Zosia Piestrak, Halina Puć, Anna Lewkowicz, Krystyna Lewkowicz, Anna Kopczyńska. Odważniejsi zjeżdżali sankami z góry ''Żuklińskiej''. Kiedyś razem z Kaziem Sikorą i Ryśkiem Lewkowiczem zjechaliśmy w dół aż za tory kolejki. Strach wielkiego pędu i z ledwością pokonany ostry zakręt w prawo na samym dole wyłączył nas z dalszej jazdy. Dobrym stokiem do jazdy na sankach i nartach była góra wzdłuż prawej granicy parku w Żuklinie.  Z Wieśkiem  Szumierzem ćwiczyliśmy skoki na nartach na małej uklepanej skoczni powyżej cegielni Bara. Ja po złamaniu narty zrobionej z jesionu, z byle jakimi wiązaniami skończyłem skakanie. Mogłem już tylko mierzyć Wieśkowi długość skoków. Któregoś  popołudnia ojciec Wieśka p.Antoni, będący naczelnikiem poczty, zaproponował nam dostarczenie ważnego telegramu do Pantalowic. Za pocztową opłatę zgodziliśmy się. Droga przez dzień była trochę ujeżdżona saniami. Na miejsce dość szybko dotarliśmy. Idziemy z powrotem przy chylącym się już ku zachodowi słońcu nad wzgórzami Sieteszy. Początkowo było ciężko iść po wznoszącej się w górę drodze. Po przejściu kilkudziesięciu metrów, zobaczyliśmy idące równolegle do nas trzy wilki, które były oddalone od nas w linii  prostej ok. 100m. Szły po wywianym od śniegu zboczem. Nie mogły przejść do drogi, ponieważ dzieląca nas dolinka była cała zasypana grubą warstwą śniegu. Na przemian marsz forsowny i bieg. Wilki zaczynają zostawać z tyłu. Otuchy dodawały nam grube niewysokie wierzby, na których w razie niebezpieczeństwa moglibyśmy się schronić. Szybko doszliśmy do szczytu drogi skręcającej w lewo i pędząc w dół mieliśmy cały strach za sobą. Dla odmiany jeździliśmy na łyżwach. Mieszkając na ul. Węgierskiej w domu p. Bronka Fudalego, miałem blisko do stawu u p.Chromika, który zezwalał nam na korzystanie z lodowiska. Bez żadnego problemu korzystaliśmy z lodowiska na stawie znajdującym się na końcu ulicy naprzeciw ostatniego domu p. Szafrana. Do prawidłowej jazdy przyuczał nas Ignacy Krupinski. Któregoś razu ucząc nas jazdy do tyłu tzw. przekładanką wpadł po pachy do przerębli. Wówczas  nauka się skończyła. Zdarzało się, że po lekkiej odwilży zostały zalane łąki poniżej cmentarza. Po nawrocie mrozu powstało olbrzymie lodowisko, począwszy od mostu ''sieteskiego'' aż do drewnianego mostu przy cmentarzu. Organizowaliśmy tam drużyny do gry w hokeja. Wycięte z wierzby tzw. hokejówy i drewniany krążek wystarczyły do dobrej zabawy. Dobry czas zimowych sportów był równocześnie trudnym dla naszych rodziców. Miesiące zimowe były czasem tzw. przednówku. Brak było podstawowych produktów spożywczych. Czynne były dwie piekarnie. Gminnej Spółdzielni Samopomocy Chłopskiej, z lokalizacją z tyłu narożnej kamienicy rynku i ul.Kościuszki i prywatna p.Pokrzywy przy ul. Słowackiego. Ze względu na reglamentację mąki, nie mogły one pokryć wystarczająco zapotrzebowania miasta w pieczywo. Kiedy napierający tłum w sklepie przy rynku przewalił ladę na regały z pieczywem, chleb zaczęto sprzedawać przez małe okno narożnej kamienicy piekarni GS. Często wiele osób odchodziło bez chleba.  Z ojcem chodziliśmy na tzw.''Budy'' przy dawnym folwarku do rodziny mojego kolegi Staszka Fudalego. Były tam żarna, na których z ziarna ucieraliśmy mąkę. Upieczone przez mamę razowce bardzo smakowały. Ojciec utrzymywał rodzinę z prowadzonego warsztatu szewskiego. Było w tym czasie kilku szewców: p.Hawro /ul.Węgierska/, p.Wójcik i p.Szpyrka /przedmieście/,  bracia Kopczyńscy /Rynek, ul.Szkolna/, p.Czaja /ul.Szkolna/, był jedynym krojczym skórzanych form na nowe buty dla wszystkich szewców. W końcu lat czterdziestych i początku pięćdziesiątych byłem świadkiem wielu rozmów prowadzonych do późna w nocy przy ojca warsztacie. Kwaterka bimbru i lampa naftowa były dobrym tłem dla różnych opowieści. Zdarzało się, że idący na nocny patrol rejonu Siedleczki i okolic starszy wiekiem milicjant,  zatrzymywał się u ojca. Pistolet maszynowy /tzw. pepeszę z okrągłym magazynkiem/ stawiał w rogu przy drzwiach i na rozmowie do pierwszego brzasku kończył służbę. Nieraz mówił, że w dzień jest nasza władza a w nocy nie wiadomo czyja. W tych latach nie działała częściowo zniszczona elektrownia Kellermana, znajdująca  się przy stacji kolejowej. Panowały w mieście ciemności z widocznymi w oknach światełkami lamp naftowych. W rynku głównym świeciły cztery lampy /prawdopodobnie gazowe, tzw. karbidówki/, wiszące na metalowych wysięgnikach. Jedna przy magistracie, następne przy szynku Świstka, budynku milicji i przy wejściu głównym w środku budynku bursy szkolnej. Na małym rynku była lampa przy szynku p. Szymczaka  /tak skrótowo nazywano p. Szymczakiewicza/.  Podstawowym i jedynym paliwem do lamp była nafta. Często chodziłem z kanką po naftę do magazynu GS urządzonego w Cerkwi. Biura GS mieściły się w budynku dawnego Domu Ubogich /dotrwał do 24.04.1948r/ przy ul.1Maja. Po kilku latach biura te przeniesiono do budynku p. Sawickiej w głębi dolnej ulicy Świerczewskiego. Na przylegającej posesji urządzono magazyn, skład opału i materiałów budowlanych. Cerkiew została pusta i pozostawiona na pastwę losu. Szybko zostały wyrwane razem z futrynami dwoje drzwi od strony ogrodów. Pozostała otwarta mała kuta boczna furta od ulicy. Jedynie wejście główne było przez jakiś czas zamknięte na kłódkę. Miejscem, gdzie  przy piwie i bilardzie mogli posiedzieć nasi ojcowie, była gospoda GS w budynku p.Kułaka przy głównym skrzyżowaniu ulic, szynk p.Świstka w środku lewej pierzei rynku oraz szynk przy małym rynku. Dni stają się coraz dłuższe. Mróz słabnie i śniegu coraz mniej. Nadchodzi czas wyniesienia na strychy sanek, nart i łyżew. W powietrzu czuje się zbliżającą  wiosnę. Do zobaczenia w dniach   Świąt  Wielkanocnych tamtych lat.     Eugeniusz Sochacki

SZOPKA

Ocena użytkowników:  / 11

Szopka krakowskaDla pamięci potomnych na chwilę przenieśmy się w czasy obrzędu  kolędniczego naszego miasta lat pięćdzesiątych ub. wieku. Jako nastoletni chłopcy już od początku grudnia przygotowujemy gwiazdę razem z Ryśkiem Lewkowiczem mieszkającym w sąsiedztwie przy ul. Węgierskiej. Ćwiczymy kolędy i przygotowujemy przebrania. Zaczyna się czas Świąt Bożego Narodzenia. Chodzimy z gwiazdą po kolejnych ulicach, unikając spotkania ze starszymi kolędnikami w obawie przed zniszczeniem gwiazdy.

W ciągu kilku następnych lat z dużym zaciekawieniem obserwuję trupę teatrzyku lalek /kukiełek/, z dużą szopką, kolędujących w składzie czterech dużo starszych ode mnie chłopców. Są to: Tadek Dytrych, Władek Cieleń, Rysiek Cwykiel i ochraniający ich Władek Barszczak, który niczego i nikogo się nie boi. W międzyczasie w trupie kolędniczej następują zmiany, również tragiczne. Rysiek Cwykiel ginie w wypadku, udeżając motocyklem "Junak" w wóz konny na drodze do Siedleczki. Władek Cieleń wyjeżdża na Śląsk, zastępuje go jego brat Witek. Barszczak wyjeżdża do Wrocławia. Zostaje dwóch aktorów-animatorów. Dzięki Tadkowi Dytrychowi zostaję trzecim członkiem trupy w składzie: Tadek Dytrych, Witek Cieleń i ja. Pózniej dochodzi do pomocy Józek Łas.

Dopiero wtedy poznałem dokładnie cały zestaw szopki, układ manualny, wypowiadane kwestie poszczególnych kukiełek oraz technikę kolędowania.  Była ona b.ważna dla uniknięcia spotkania z niektórymi nadgorliwymi milicjantami.

Szopka była sporych rozmiarów. Dł. ok. 70 cm, szer.ok. 35 cm, wys.ok. 50 cm. Na tylnej ścianie miała pasy do noszenia tak jak plecak. Zbudowana na wzór arabskich budowli, z bocznymi wieżami i długim balkonem. Szopka właściwa ze św. Rodziną i zwierzętami, w formie dużego szałasu znajdowała się w części środkowej. Po bokach wież były dwa ucha na tzw. nogi, z poprzeczkami u dołu i u góry. Pozwalało to na statyczne ustawienie szopki na wys. ok. 90 cm od podłogi.

Lalkarze w czasie występu byli niewidoczni. Pracujące ręce zasłaniała zasłona opuszczana z przodu sceny. W scenie były wycięte rowki do przemieszczania kukiełek. Kukiełki były wys. ok.15 cm z przedłużonym od stopy sztywnym kijem, zwanym gabitem, którym porusza aktor-animator.

Zaczynamy kolędowanie w Wigilię po wieczerzy. Podchodząc do domostwa głośnym głosem "szopka na lalki" oznajmiamy swą obecność. Gospodarze zapraszają nas do środka. Po ustawieniu szopki zaczynamy jasełkowy teatrzyk kolędowy. Pierwszą wprowadzaną kukiełką jest Prorok. Informuje widownię słowami: "wszystkim wobec kolędy naprzód winszujemy, zanim wielką nowinę państwu opowiemy, naszym będzie staraniem aby niedługo bawić, ale proszę łaskawie uszy ku nam nastawić. Wchodzi wejściem w pierwszej wieży, wychodzi wyjściem w drugiej. Po nim wchodzi Włoch prowadząc niedźwiedzia, i z przyśpiewką "Włoch z daleka naskakuje, wykrzykuje...itd.  przechodzi przez całą scenę. Następny to Cygan z głosem, "Cygan bieży z dary swymi, za drugimi....itd. Po nim na scenę wchodzą pasterze. Zatrzymują się przed szałasem ze św. Rodziną . Śpiewamy dwie zwrotki kolędy "Wśród nocnej ciszy". Pasterze pozostawiają dwie owieczki przed szałasem i odchodzą.

Po tym jest akcent rodzimy - krakowiacy. Dwie pary w tańcu prowadzone są przez dwóch lalkarzy z pieśnią "alboż my tu jacy tacy, chłopcy krakowiacy..." itd. Następnie wchodzą Trzej Królowie przy śpiewie kolędy "Mędrcy świata monarchowie..." itd. Po ich odejściu zasłaniamy zasłonką szałas ze św. Rodziną. Między ścianą boczną lewej wieży a ścianą szałasu zostaje odsłonięta siedząca czarownica robiąca w maśniczce masło. Z bramy wieży wyskakuje diabeł z widłami i o czymś żywo rozprawia z czarownicą. Jednocześnie przy prawej wieży odsłaniamy Króla Heroda. Pojawia się śmierć z kosą i ścina głowę Herodowi. Uradowany diabeł doskakuje do Heroda ze słowami, "mój Herodzie, choć tyś wielki wezmę Cię na piekielne męki". Śmierć wychodzi, a diabeł biorąc Heroda na widły znika w wieży. Józef prowadzi osiołka, na którym siedzi Maria z Dzieciątkiem. Maria prosi słowami: "pomaleńku Józefie bo ja nie mogę", a Józef odpowiada: "a jeszcze mamy iść w daleką drogę". Kiedy znikają w drugiej bramie, z dala dochodzi tętent koni. Jeden z lalkaży prowadzi na balkonie w szybkim tempie jadących na koniach żołnierzy rzymskich powtarzając: "już Maryi nie dogoni ".

Zbliżamy się do końca. Na scenę wychodzi dziad ze słowami: "prosi dziadek prosi, torbę z workiem nosi ". Od dzieci wpadają do torby żeleźniaki, od starszych zdaży się i banknot. Jasełka kończymy kolędą wspomagani przez domowników. Wychodzimy ze słowami: "za kolędę dziękujemy, zdrowia, szczęścia winszujemy na ten nowy rok". Problemem kolędowania w rynku było sąsiedztwo posterunku milicji, który był na pierwszym piętrze w kamienicy naprzeciw rynku. Oddzielały go od rynku tzw. planty, których drzewa w zimie bez listowia dawały policjantom wgląd na cały rynek i przylegające uliczki.

W któreś ze świąt byliśmy zaobserwowani i ścigani przez jakiegoś milicyjnego nadgorliwca. Uciekając w kierunku dolnego lewego narożnika rynku, przebiegliśmy przez sień p. Słomy i dalej przez podwórze na ulicę Szkolną. Ja po zamknięciu drzwi sieni przeskakując przez pryzmę zasypaną śniegiem, potknąłem się wysypując z koszyka kilka kukiełek. Po szybkim pozbieraniu się dołaczyłem do kolegów. Bocznymi uliczkami dotarliśmy do domu Tadka Dytrycha stojącego do dzisiaj na początku ulicy Dr Sawickiego.

Po sprawdzeniu szopki okazało sie, że brak jest kukły śmierci. Aby móc w drugim dniu świąt dalej kolędować musiałem wyrzeźbić kukłę śmierci. Przy zachowaniu czujności nie mieliśmy trudności w kolędowaniu przez kilka dobrych lat. Po maturze w 1960 r przekazałem szopkę mojemu młodszemu bratu do dalszego ciągnienia tradycji kolędniczej. Ten jednak nie mając odpowiednich uzdolnień aktorskich zostawił szopkę w stanie spoczynku na strychu domu, w którym mieszkaliśmy  po przeprowadzce z ul Węgierskiej na ul. 1 Maja /obecnie 3Maja/.

Wyjechałem na trzy lata do Wojskowej Szkoły Oficerskiej w Koszalinie. Kiedy po kilku latach chciałem ożywić tradycję kolędowania, okazało się, że szopka z całym wyposażeniem zginęła. Do dzisaj nikt z rodziny niewie co się z nią stało. Trzy lata temu nawiązałem kontakt z osobą o zacięciu rzeźbiarskim p. Stanisławem Cieleniem, w celu odtworzenia szopki. Zaczął od rzeźby kukiełek. Nie wiem czy dotarł do kukły śmierci bo ta sama do Niego przyszła. Praca Stanisława została drastycznie przerwana. Dzisiaj wracając do tamtych lat widzę twarze dwu pokoleń kolędników "szopki na lalki", którzy odeszli na wieczne kolędowanie. Zostawili mnie samego, chyba po to abym mógł z kronikarskiego i moralnego obowiązku wpisać Ich obecność na karty historii miasta Kańczugi.

Kończąć, przypomnę strofę góralskiej pieśniczki. "Byli chłopcy byli, ale się zwinęli. I my się zwiniemy po maluczkiej chwili".

Eugeniusz Sochacki

Moje Miasto

Ocena użytkowników:  / 16

MOJE MIASTO

budowa drogiJestem patriotą mojej małej ojczyzny, m. Kańczugi, gdzie się urodziłem i mieszkałem do matury. Po maturze (w 1960 roku) byłem zmuszony opuścić swoje rodzinne strony, ponieważ dalszą edukację można było kontynuować tylko w większych ośrodkach akademickich. Panująca bieda w miasteczku i brak miejsc pracy w latach pięćdziesątych ub. wieku, były powodem migracji wielu młodych ludzi - moich rówieśników. Teraz po wielu doświadczeniach zawodowych, z odległości  ponad pół tysiąca km., odwiedzam Kańczugę raz lub dwa razy w roku. Daje mi to obiektywną ocenę zmian i zjawisk  na przestrzeni około pięćdziesięciu lat. Moim zdaniem, zaistniały w tym czasie zjawiska  pozytywne w rozwoju miasta, choć nie ustrzeżono się też negatywnych. W ubiegłych latach zakres obowiązków burmistrza dotyczył wyłącznie spraw związanych z miastem. Natomiast wójt z siedzibą w mieście, zajmował się sprawami dot. podporządkowanych mu miejscowości wiejskich. Powodem zwiększenia zakresu odpowiedzilności wójta, było połączenie stanowisk burmistrza i wójta. Wójt  kierujący  wieloma  sołectwami, nie czuje potrzeb miasta, nie  będąc jego mieszkańcem. Burmistrz winien spełniać rolę szeryfa znającego  ludzi, ich potrzeby i troski. Powinien znać jasne i ciemne zaułki miasta. Nie jest przecież sam, do tego ma odpowiednich ludzi, którym należy stawiać konkretne zadania i egzekwować ich wykonanie. Ordynacja wyborcza w takiej strukturze wyborów, gdzie stosunek ilości głosów wiejskich trzykrotnie przewyższa elektorat miejski, nie daje szansy  na wybór  burmistrza będącego mieszkańcem miasta. Jest to powodem zniechęcenia, a zarazem  niskiej  frekwencji w wyborach mieszkańców miasta.

budowa drogi 2Obserwuję panujący marazm i brak inwencji twórczych,  szczególnie dotyczy to ludzi młodych, którzy widzą swoje miejsce w innym świecie. Chciałoby się uaktualnić banderę z manifestacji warszawskiej na miejskiej tablicy ogłoszeń słowami "OBUDŹ SIĘ KAŃCZUGO". Strategiczny plan rozwoju zawiera kilka ważnych przedsięwzięć, choć wiele planowanych zadań jest zbyt ogólnymi, w większości podpartymi środkami unijnymi. Żeby powyższe środki uzyskać np. z funduszu rozwoju regionalnego, należy przygotować i wykonać prawidłowo projekty. Są to tzw. projekty twarde, oparte na procentowym stosunku tych  środków do kapitału własnego. Przypuszczam, że w urzędzie są ludzie potrafiący wykonać takie projekty. Jednym z poważnych zadań była wykonana tzw. rewitaryzacja rynku. W tym miejscu słowo "rewitalizacja" zamienić by należało na dewastację tkanki średniowiecznego miasta.  W przeszłości rynek spełniał rolę gospodarczą, był widownią różnych imprez. Zniszczono  pracę  wielu  ludzi, którzy podwodami przywozili kamienie, a brukarze je układali, tworząc unikalny plac rynkowy. Działo się to w ubiegłych stuleciach  siłą koni i rąk ludzkich. Nawet  najeźccy i plądrujący barbarzyńcy nie wpadliby na taki pomysł dewastacji. Na tym miejscu urządzono teren zielony z kilkoma  ławkami, a częśc okólną zalano asfaltem.

rynek miejskiPomnik  Grunwaldu zamiast w centrum rynku  przed  budynkiem magistratu,  postawiono w narożniku rynku z placykiem, na którym mogą pomieścic się tylko delegacje, poczty sztandarowe i orkiestra. Zniszczono studnię w dolnym prawym narożu rynku, czynną jeszcze pod koniec ub.wieku. Pozostała tylko krata ściekowa. Na tym miejscu zrobiono parking na dwa samochody. Przewodnik Turystyczny "Przeworsk i Okolice" z 1960r, wydany przez Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze, Oddział w Przeworsku, notuje cyt.: "osobliwością miasta jest znajdująca się w rynku naprzeciw cerkwi studnia, posiadającą bardzo dobrą wodę, ciągnioną z dalekiego, poza miastem znajdującego się zródła." Pamiętam studnię z dwiema kolumnami, większą i mniejszą, w których pierwotnie uchylne dzwignie Spódzielnia "Metalowiec" zastąpiła większą dla dorosłych i mniejszą kolumnę kołami, które ruchem obrotowym pompowały wodę. Obok był basen na wodę, którego częścią naziemną była charakterystyczna dla tego typu urządzeń stylowa drewniana nadbudowa. Było to alternatywne ujęcie wody, zarówno do celów sanitarych jak też p.pożarowych. Śieć hydrantowa w wyniku nieprzewidzianych zdarzeń może być niesprawną. Stare miasto ze ścisłą zabudową jest szczególnie zagrożone. "Czerwony kur" nie śpi. O tym winień wiedzieć referat obronny urzędu. Stosowana zasada "że jakoś to będzie" winna być na zawsze wykreślona z obiegowego słownictwa. Rynek już w średniowieczu był brzuchem, a nieodłączną głową magistrat. Zapomnieli o tym włościańscy urbaniści. Nie mam słów oburzenia na takie działania. Zrobiono to za niemałe, planowane 300 tyś.zł podatników miasta i gminy.  Przez rynek z "kocimi łbami" chodziłem tysiące razy do szkoły podstawowej.

dawny targW dolnym lewym rogu między parcelami  Słomy i  dentysty w kierunku szkoły, była uliczka wybrukowana tak jak rynek. Turkot wozów przeszkadzał. Jeden z właścicieli przylegającej  posesji, zapewne za zgodą władz miasta urządził na jednej trzeciej szerokości ulicy rabatę kwietną, która jest do dziś. Placyk targowy jak na kpinę zrobiono na kawałku łąki,  dawnego właściciela Fudalego przy ul.Węgierskiej. Są to fakty niemalże kryminogenne, warte zainteresowania przez odpowiednie organy kontroli i konserwatora zabytków. Należy przywrócić do życia część miasta, jaką jest rynek. Utracił on swoją pierwotną funkcję. Należy opracować projekt merytorycznie uzasadniający to przedsięwzięcie by móc pozyskać 100% środków finansowych. Jako część urbanistyczna Dziedzictwa Narodowego projekt ów może być w całości finansowany ze środków funduszu unijnego.  Magistrat mógł powiększyć  swoją siedzibę w głąb i na boki. Mało tego, naprzeciw rynku był wolny plac poniżej dawnego internatu. Aby ten plac jeszcze powiększć wyburzono zabytkowe domy Lewkowicza i Burzyńskiego. Po co mają nam mieszkańcy łazić po urzędzie, zróbmy go w oddaleniu od centrum. I tak też zrobiono. To kolejny popis urbanistyczny. Dojazd do nowego urzędu drogą zamaskowaną, dobrą dla warsztatu samochodowego. Dojście na skróty cuchnącą "uliczką" obok ruiny domu p. Sasa. Był on ostatnim "klikonem-krzykaczem" miejskim. Rozpoczynał trzykrotnym tremolo na werblu. Po tym doniosłym głosem ogłaszał zarządzenia magistratu. Robił to przy skrzyżowaniu dróg po niedzielnej sumie. Wraz z nim odeszła piękna śreniowieczna tradycja. Działo się to jeszcze w latach pięćdziesiątych ub. wieku.

Kanczuga9Na pochwałę władz miasta zasługuje wykonanie głównego skrzyżowania dróg. Tym co szpeci dobrą robotę jest pozostawienie domu dawnego właściciela Kułaka. Wyburzono zabytkowy dom po drugiej stronie ulicy, za niemałe pieniądze, a z tym nie można było sobie poradzić. Gdyby takie zawalidrogi były nie do ruszenia, to nie zrobilibyśmy żadnej inwestycji drogowej.  Przylegający do skrzyżowania szpecący skwer wzdłóż ulicy Węgierskiej, powinno się jak najszybciej właściwie urządzić. Oceniając skrótowo urbanistykę miasta, nie sposób wspomnieć o działalności inwestycyjnej proboszczów parafi kańczuckiej. Pamiętam czasy wielu zaniedbań. W tamtych latach bieda parafian, brak sponsorów, reglamentacja materiałów i nie zawsze pozytywny stosunek władz do kościoła katolickiego, były powodem niszczącej działalności czasu, tak ważnych i zabytkowych obiektów sakralnych. W nowych warunkach ustrojowych, proboszczowie wykonali olbrzymią pracę przy kańczuckiej świątyni, zaczynając od wieży, dachu, a kończąc na fundamentach. Prowadzone prace konserwatorskie wewnątrz przywracają świetność naszej świątyni. Wspomnieć należy czasy, kiedy kondukty pogrzebowe brnęły po błocie, na tzw. nowy cmentarz. Teraz można suchą nogą dojść do tych co odeszli. Należy wspomnieć o zaangażowaniu i ciężkiej pracy p.Adama Kłosa, który doprowadził do należytego, niemalże wojskowego porządku, nowe miejsca pochówku.

budowa kinaOkazuje się, że mądrość, zaangażowanie, umiejętność wykorzystywania środków prowadzi do sukcesu. Przykładem ciągłości działania jest rozbudowa i konserwacja starego budynku plebani przez obecnego proboszcza.  Pozostaje proboszczowi rozwiązać problem budynku parafialnego, stojącego blisko kościoła. Budynek ów w czasach mojej młodości spełniał rolę ośrodka kultury. Odbywały się tam spektakle teatralne pod kierunkiem artystycznym p. Szymkiewicza. Później przeniesiono siedzibę kina "Piast" z Domu Strażaka przy dawnej ul. Gen. Świerczewskiego. Po przebudowie i modernizacji obiektu, powstało kino z prawdziwego zdarzenia. Niestety w latach nowego systemu państwowego kino zostało zlikwidowane, bez sprzeciwu władz miasta. Budynek ten szpeci swoim obskurnym wyglądem. Rozwiązaniem jest sprzedaż, z korzyścią dla parafi i miasta. Zrobiono tak w poprzednich latach, choć niezbyt racjonalnie, sprzedając przedsiębiorcy materiałów budowlanych budynek przedszkola "Caritas" na ul.Węgierskiej. Przedszkole prowadziły mieszkające tam siostry zakonne. Mieszkają one obecnie aż pod Żuklinem i muszą cwiczyć marszobiegi do kościoła i na katechezę.

Odrębny temat dot. przemysłu i sportu. Rozwój miasta nabrał tempa w czasie funkcjonowania fabryki "Kamax", kierowanej przez menedżera wybitnej klasy, dyrektora Antoniego Kubickiego. Kańczuga uzyskała drugi oddech. Dyrektor  Kubicki rozbudował zakład, dając pracę dla wielu mieszkańców miasta i okolic. Dobre zarobki bogaciły społeczeństwo. Jako zapalony miłośnik sportu, zmodernizował stadion sportowy. Drużyna "Kamaxu" otarła się niemalże o drugą ligę piłkarską. Miło mi było czytać w prasie sportowej Śląska o sukcesach drużyny, z dotychczas nieznanego miasteczka. Wydawnictwa ekonomiczne zamieszczały informacje o specyficznej produkcji kańczuckiej fabryki. Dyrektor Kubicki spowodował zasilenie ciepłem osiedla mieszkaniowego, szkoły podstawowej a nawet stadionu, na którym funkcjonował mały hotelik. Z-ca dyr. naczelnego ds. tecznicznych dyr. Franciszek Kiełbasa dbał o zaopatrzenie załogi zakładu w opał, jeżdżąc osobiście do Centrali Zbytu Węgla w Katowicach. Sytuacja zaopatrzenia  ludności była nieporównywalnie gorsza od dzisiejszej. "Kamax" przejął ośrodek wypoczynkowy "Arłamów",  w którym mogli wypoczywać pracownicy zakładu razem z rodzinami. Zrobiono w ośrodku bazę sportów zimowych. Ośrodek z powodzeniem nadal funkcjonuje. Dzisiejszy sport w mieście, pomimo wybudowania przez Urząd Miasta pięknej hali sportowej, nie może wyjść poza granice powiatu.

Kończąc, proszę Pana Burmistrza o przychylne spojrzenie na moje miasto. Niech pozostawi Pan pozytywne ślady swojej bytności i w miarę możliwości naprawi to, co inni przed Panem zniszczyli. Tego życzę Panu i moim rodakom.

Eugeniusz Sochacki

[Przeworsk] Zgrzyty w Radzie Miasta

Ocena użytkowników:  / 0

Poniżej znajdują się obszerne fragmenty oświadczenia Pani radnej Krystyny Pieli – Neuberg, przedstawione na ostatniej sesji Rady Miasta Przeworska.

Przeczytałam protokół Komisji Rewizyjnej Rady Miasta Przeworska. Ponieważ w części dotyczy on mnie, chcę się więc do niego odnieść.
Przede wszystkim mam żal do kolegów radnych, że nie poprosili mnie o wyjaśnienia. Chodzi o to, że zakwestionowano zasadność zatrudnienia do korekty Wiadomości Samorządowych Przeworska mojej córki. Do tej pory ja robiłam tę korektę od niemal początku powstania gazety. Burmistrzem był wtedy pan Kazimierz Borcz, a poprosił mnie o to ówczesny sekretarz, pan Jan Para. Pracę wykonywałam przez wiele lat nieodpłatnie. Zmieniły się władze, a ja nadal, z krótkimi przerwami, zajmowałam się korektą, od roku 2007 odpłatnie. Obecna pani burmistrz zastała już taki stan rzeczy.
Kiedy zostałam radną, zgodnie z Ustawą o samorządzie gminnym, nie mogłam być już zatrudniona na umowę zlecenie przez burmistrza, zaproponowałam więc na swoje miejsce córkę, która jest mgr. Filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim i mgr. edytorstwa na Akademii Pedagogicznej w Krakowie. Pomyślałam sobie, że trochę jej pomogę (wcześniej też korektę robiłyśmy wspólnie), a kiedy moja kadencja się skończy, to wrócę do tego zajęcia.
(...) w pierwszej chwili po przeczytaniu uwag komisji rewizyjnej pomyślałam, że może faktycznie było to niepotrzebne, bo sprawia wrażenie, że załatwiłam córce pracę. Potem ogarnęły mnie wątpliwości. Bo kto w końcu ma to ocenić? Czy członek komisji, którego pierwszą załatwioną sprawą była praca dla syna w jednostce podległej miastu? A może członek komisji rewizyjnej, który w myśl wymienionej wyżej ustawy (art. 24f) powinien w ciągu 3 miesięcy od ślubowania zawiesić działalność gospodarczą wykonywaną z wykorzystaniem mienia miejskiego? Zasypuje urząd pismami na temat swoich konkurentów, bo przecież z korzyścią dla mieszkańców będzie zmonopolizowanie przez niego rynku i taki sobie obrał cel, zostając radnym.
Jest jeszcze członek komisji rewizyjnej, który wykorzystując swoje uprawnienia, zgłasza wniosek w imieniu komisji o finansowanie przez urząd miasta stowarzyszenia, w którym dorabia do pensji. I on również próbuje podważyć decyzje komisji konkursowej, która przyznała środki Klubowi Miejskiemu „Orzeł” grającemu w III lidze. Co tam przecież III liga, co tam promocja miasta, trzeba dać pieniądze tym, którzy zatrudniają radnego. I znowu łamany jest przepis Ustawy o samorządzie gminnym (art.25a), który mówi, że „ Radny nie może brać udziału w głosowaniu w radzie ani w komisji, jeżeli dotyczy ono jego interesu prawnego”.
Zastanawiam się, czy tacy radni to właściwi ludzie, by czynić pani burmistrz (a pośrednio mnie) jakiekolwiek zarzuty w omawianej sprawie.
Na koniec jeszcze propozycja jednego z członków komisji rewizyjnej, bym to ja przeprowadzała korektę Wiadomości Samorządowych, lecz nieodpłatnie. Zgadzam się, ale pod warunkiem, że pan radny da mi przykład i zrezygnuje z diety. Wszak praca radnego jest pracą społeczną, praca korektora - nie.
W protokole znajduje się też propozycja, by zebrać oferty i wybrać odpowiednią osobę do korekty. Kto jednak ma zdecydować, czy kandydat jest odpowiedni, bo chyba nie ci, którzy na własnych stronach internetowych mają mnóstwo błędów. Jedynym kryterium nie może być przecież niska cena. Trzeba wziąć pod uwagę umiejętności i doświadczenie oferenta. Wiadomości samorządowe idą w świat (m.in. do Biblioteki Narodowej), niech więc ten świat nie ma okazji do śmiania się z braku podstawowych umiejętności językowych przeworszczan.
Kończąc swoje oświadczenie, wyrażam nadzieje, że stanie się ono podstawą do przemyśleń opinii publicznej nad kompetencjami radnych, a dla pana przewodniczącego Rady Miasta Przeworska – podstawą do zastanowienia się nad działalnością komisji rewizyjnej. Wszyscy powinniśmy pracować dla dobra miasta i jego mieszkańców, a mam wrażenie, że rada tej kadencji pracuje zgodnie z włoskim przysłowiem: „ Ognum per se e Dio per tutti” (Każdy dla siebie, a Bóg dla wszystkich).

Presets
BG Color
BG Patterns
Accent Color
Apply